Kalina

Kalina

środa, 21 października 2020

Podajcie koniowody!

  

Rekonstrukcja sylwetki starszego ułana - koniowodnego pierwszej trójki sekcji liniowej
9. Pułku Ułanów Małopolskich, wiosna 1939 r.

 
Rekonstrukcja kawalerii polskiej z września 1939 r., jak z mojej obserwacji wynika, sprowadza się aktualnie niemal w całości do pokazywania dwóch aspektów – poruszania się konno i szarż albo walki pieszej. Niestety, co stwierdzam ze smutkiem, bardzo rzadko zdarza się sytuacja by widz mógł podziwiać element będący spójnikiem między tymi dwoma obszarami – spieszenie i pracę koniowodnych.  Jest to o tyle przykre, że gdy się spojrzy na kinematografię – obojętnie czy współczesną czy tą międzywojenną to moment wkraczania żołnierzy do walki był zawsze chętnie filmowanym tematem – „Śluby ułańskie”, nagrania dla kronik filmowych, „Szarża lekkiej brygady” czy nawet ekranizacje mniej konnych momentów – desant na plażę Omaha w „Szeregowcu Ryan’ie”, lądowanie spadochroniarzy w „O jeden most za daleko” czy opuszczanie śmigłowców w „Byliśmy żołnierzami” albo „Black Hawk Down”. Spieszenie czy opuszczanie pojazdów jest wdzięcznym obrazem ze względu na swoją dynamikę, którą jednakże ciężko jest uzyskać bez godzin ćwiczeń i zgrania.

"Śluby Ułańskie" z 1934 roku. Film zrealizowany przy pomocy 7. Pułku Ułanów Lubelskich. Konsultantem był sam gen. Wieniawa-Długoszowski. Od 54:50 widoczny fragment ćwiczeń - zajęcie pozycji przez szwadron liniowy wzmocniony przez pluton ckm, spieszenie oddziałów, pracę koniowodnych.

    Pod tym względem chlubnym wyjątkiem, któremu chcę  tu oddać honor, jest działalność Oddziału Konnego Towarzystwa Byłych Żołnierzy i Przyjaciół 15. Pułku Ułanów Poznańskich, który jako jedyny w kraju prezentuje dynamiczne pokazy sekcji ciężkiego karabinu maszynowego wz. 30 na jukach. Drugim tego typu przedsięwzięciem, które miałem okazję podziwiać na żywo, był pokaz zaprzęgu armatki przeciwpancernej 37mm wz. 36 w wykonaniu kolegów ze Stowarzyszenia im. 7. Pułku Ułanów Lubelskich w kooperacji z ekipą kaskaderską East Riders Stunt Team przy okazji rekonstrukcji Szarży pod Łomiankami w 2016 roku. Co warte nadmienienia, ci ostatni w ramach inscenizowanej szarży 14. Pułku Ułanów Jazłowieckich, w trzecim nawrocie pojechali pełnym galopem przez pole inscenizacji z „wolnymi” końmi po bokach, co miało symbolizować pędzące po polu walki samotne wierzchowce, których jeźdźcy już na zawsze pozostali na polach pod Wólką Węglową. Warto wspomnieć również mający w zeszłym roku premierę film „Ostatni bój” będący fabularyzowanym dokumentem opowiadającym historię walk 3. Pułku Strzelców Konnych im. Hetmana Stefana Czarnieckiego, w którym również przedstawiono moment spieszenia i pracę koniowodów. Oprócz tej sceny ze względu na dynamikę podobała mi się w całym projekcie jeszcze jedna – rozszalałych koni pędzących przez gospodarstwo. Na tym musiałbym zakończyć pochwały dotyczące filmu, który zresztą nie jest też tematem niniejszego wpisu  Niestety, na tych przykładach kończy się również na dzień dzisiejszy prezentowanie pracy koniowodnych. Jeszcze kilka lat temu na Strefie Militarnej w Podrzeczu można było podziwiać działon artylerii konnej, jednakże, głównie ze względu na potrzebną liczbę koni i ludzi do tego przedsięwzięcia, w najbliższym czasie chyba nie będzie nam dane ponownie tego zobaczyć.

    Jak to jednak wyglądało przed wojną? Czy służba koniowodnego była ciężka i jak dobierano do niej żołnierzy? Regulaminy i instrukcje są w tym zakresie bardzo lakoniczne, nieco więcej można wyczytać ze wspomnień przedwojennych oficerów.

    Zanim jednak przejdziemy do tekstów źródłowych z gatunku memuarystyki warto poświęcić kilka chwil, by przyjrzeć się jak wyglądała służba koniowodów na przestrzeni dwudziestolecia międzywojennego w plutonach liniowych kawalerii. Z rozmysłem zaznaczam, że w niniejszym tekście zajmiemy się przede wszystkimi plutonem liniowym, a nawet jeszcze niżej, bo sekcjami liniowymi (w mniejszym stopniu, w zasadzie wyłącznie otrzemy się o kolejne szczeble taktyczne) omijając kwestie plutonów k.m. na jukach czy taczankach, działonów armat ppanc., czy artylerii konnej.

    Niezależnie czy w trójkowej czy czwórkowej organizacji kawalerii (sekcje po sześciu bądź ośmiu jeźdźców) przez całe dwudziestolecie koniowodnych było zaledwie dwóch na sekcję. W przypadku ośmioosobowych sekcji dawało to jeszcze większą przewidzianą regulaminami elastyczność. Pomijając ogólną kwestię większej siły ognia, regulamin z 1922 roku przewidywał aż trzy rodzaje spieszenia:

- spieszenie zwykłe (normalne)

- spieszenie zmniejszone

- spieszenie pełne

    Spieszenie zwykłe było podstawowym przygotowaniem oddziału do walki pieszej. Każda sekcja przeprowadzała je indywidualnie. Koniowodami każdego szeregu sekcji liniowej były „trójki”. Trudność polegała jednak w większej ilości koni przypadającej na jednego jeźdźca. O ile w systemie trójkowym pozostający w siodle kawalerzysta chwytał wodze dwóch koni swoich towarzyszy, tak w systemie czwórkowym za koniem „numeru drugiego” był jeszcze koń dowódcy sekcji (1). Zupełnie nie wychodziło w grę trzymanie dodatkowej wodzy w trakcie przemieszczania . Jak więc sobie z ty poradzono? Poniekąd „przywiązywano konia” do sąsiedniego – pkt. 373 akapit drugi regulaminu:

 „Nr 1, 2 i 4 pozostawiają wodze munsztukowe na szyjach końskich, zaczepiwszy je za lewe juczki, z wodzami zaś wędzidłowemi postępują w taki sposób: Nr 1 i 2 zdejmują wodze z szyj koni, Nr 1 przerzuca swoje wodze przez głowę konia 2-go, przeciągnąwszy uprzednio wodze Nr 2-go przez swoje wodze; Nr 2 oddaje swoje wodze koniowodowi, Nr 4, nie zdejmując swoich wodzy, oddaje je koniowodowi, który zakłada je na lewe przedramię. Koniowód uzyskuje w ten sposób możność dogodnego kierowania końmi.”
Brzmi skomplikowanie? Poczekajcie aż dojdziemy do spieszenia pełnego!

    Nim jednak spieszenie pełne, to mamy jeszcze po drodze usankcjonowane regulaminem spieszenie zmniejszone wykonywane na komendę „Pluton – do walki pieszej – połowa – z koni!”. W tym przypadku w każdej sekcji spieszały się nr 1 i 3 obu szeregów przekazując wodze wędzidłowe swoich wierzchowców jeźdźcom jadącym po ich lewej stronie.   


    Zarówno w przypadku spieszenia zwykłego jak i zmniejszonego, koniowodzi zachowywali pełną mobilność. Siedząc na swoich wierzchowcach mogli bez problemu przemieszczać się za walczącym plutonem, w razie potrzeby dostarczyć amunicję bądź też na wezwanie dowódcy podprowadzić konie do wsiadania. Ostatni wariant możliwość przemieszczania się koniowodów miał ograniczoną do minimum. Spieszenie pełne wykonywane na komendę „Pluton – do walki pieszej – wszyscy – z koni!” przewidywało pozostawienie jednego koniowoda na dwie sekcje (półpluton) – łącznie więc do opieki nad końmi plutonu przeznaczano 3 koniowodów + zastępca dowódcy plutonu (przy założeniu, że w skład plutonu wchodziły 4 sekcje liniowe i 2 sekcje r.k.m.).

    Spieszenie pełne, choć nie jest to napisane wprost w regulaminie, wykorzystywane miało być przede wszystkim do tzw. „walki pieszej przez dłuższy czas”, czyli w przypadku, gdy kawaleria nie miała korzystać ze swej ruchliwości, a na przykład, utrzymywać zdobyty teren. Było to rozwiązanie, co do którego należy sądzić, że uciekano się doń zazwyczaj rzadko, wszak walka kawalerii opierała się, przede wszystkim na ruchu – zarówno w ataku jak i obronie. Tym niemniej zdarzały się przypadki będące później przyczynkami chociażby do żurawiejek – „A dwunasty pułk bojowy, rzuca lance – hajda w rowy!”.

Spieszenie pełne wykonywano na komendę „Pluton – do walki pieszej – wszyscy – z koni!” w sposób następujący:

Na hasło wszyscy zsiadają z koni, lance kładą na ziemię lub zawieszają u siodeł, konie ustawiają półplutonami w dwa półkola i oddają wodze koniowodom. Zawczasu należy wyznaczyć dwóch szeregowców jako koniowodów, po jednym na dwie sekcje [półpluton – przyp. R.I.]. Plutonowy pozostaje z koniowodami, jako ich dowódca i także pomaga w trzymaniu koni. (…) Przy spieszaniu pełnem dla ponownego dosiadania koni, na rozkaz, komendę lub sygnał, spieszeni kawalerzyści biegną do swych koni, poczem je dosiadają.

    Jak łatwo wyliczyć, na każdego koniowoda pozostawało szesnaście (sic!) koni. Był więc to sposób uniemożliwiający jakiekolwiek manewrowanie, przemieszczanie się przez nich. W zasadzie trudno wyobrazić sobie by tego typu sytuacja mogła mieć miejsce bez wykorzystania choćby najprostszej infrastruktury – lin biwakowych, drzew czy płotów. Nad końmi całego plutonu miało wszak pieczę trzymać zaledwie trzech ludzi!


    Połowa lat ’20 przyniosła reorganizację kawalerii. Chociaż temat ten jest niezwykle złożony i zasługuje na rzeczowe pełne omówienie, to w kwestii niniejszego artykułu najistotniejszą sprawą była zmiana systemu „czwórkowego” na „trójkowy”. Oznaczało to, że odtąd podstawowym szykiem marszowym w kawalerii była kolumna trójkami w przypadku spieszenia oddziału zaś, na jednego koniowoda przypadały dwa konie luźne. O wyższości nowego rozwiązania nad starym wypowiedział się na łamach Przeglądu Kawaleryjskiego płk. Zygmunt Podhorski:

Regulamin nasz przewiduje system czwórkowy i sekcje konne złożone z 2-ch czwórek. Jest to jeden z powodów paraliżowania naszej ruchliwości szwadronów. Trójka i sekcja złożona z 2 trójek w szyku jest, że się tak wyrażę, figurą geometryczną, stanowiącą bardzo ruchomy i zwrotny oddział około swej osi we wszystkich kierunkach, czego nie widzimy w czwórce, ani też w sekcji złożonej z 2 czwórek. W walce pieszej system trójkowy pozwala na pozostawienie jednego ułana na 3 konie, tworząc zupełną możliwość manewru koniowodami."

W systemie czwórkowym mamy do wyboru, do walki pieszej wziąć 3 ułanów, pozostawiając jednego koniowoda na cztery konie, co jest niedopomyślenia, przy wymaganiach jakiegokolwiek bądź manewrowania koniowodami, albo też pozostawić na 2 konie jednego ułana, co wprawdzie znakomicie ułatwia manewr koniowodami, natomiast uszczupla bardzo siłę bojową w walce pieszej. Wobec powyższego uważam za najwłaściwszy i konieczny, powrót do szyku trójkowego, zresztą to już przewiduje nawet regulamin kawalerji francuskiej”

    Jak można wyczytać, pułkownik pomija kwestię spieszenia pełnego, skreślając je zapewne ze względu na całkowity brak możliwości manewru. Pomimo to, w realiach działań wojennych we wrześniu 1939 r., pojawiła się podobna koncepcja spieszenia oddziałów która ad hoc wyszła od dowódcy Grupy Operacyjnej Kawalerii, gen. Romana Abrahama, a przewidywała w trakcie przebijania się do stolicy w szyku pieszym pozostawienie jednego koniowoda na 10 koni, co jej autor określił mianem „spieszenia całkowitego”. Tak tą sytuację opisał mjr. Edward Ksyk, w 1939 roku dowódca 3. szwadronu 9. p.uł. w stopniu rotmistrza:

„Abraham nakazał całkowite spieszenie tj. pozostawienie po jednym człowieku na 10 koni. (…) Znając płk Rudnickiego [dowódca 9 p.u. - przyp. R.I.] i jego dbałość o ludzi i konie, nie dziwię się, że zarządził normalne spieszenie, tj. pozostawienie jednego ułana na trzy konie.”

Dopełnieniem tego komentarza jest przypis nr 313 autorstwa ppłk. dr Juliusza Tyma do wspomnień Ksyka:

„(…) Regulamin kawalerii z 1938 r. rozróżniał spieszenie zwykłe i pełne. To ostatnie oznaczało, że na 6 koni jednej sekcji przypadał tylko 1 koniowodny. Koncepcja pozostawienia 1 koniowodnego na każde 10 koni była pomysłem gen. Abrahama. Decyzja ta została krytycznie oceniona przez większość dowódców pułków kawalerii. Uznali oni, że spieszenie nakazane przez gen. Abrahama oznacza dobrowolne porzucenie koni. Nie chcąc do tego dopuścić, nie wykonali rozkazu i dokonali normalnego spieszenia pułków.”

    Wracając jednak do dyskusji, która miała miejsce blisko piętnaście lat wcześniej, w podobnym tonie na temat wyższości systemu trójkowego nad czwórkowym, w tym samym periodyku wyrażał się rtm. Stefan Ejchler z 7. pułku ułanów zwracając dodatkowo uwagę na jeszcze jeden plus organizacyjny ułatwiający szkolenie bez koni:

Projekt plutonu liniowego autorstwa rtm. Ejchlera

„Pozostali po spieszeniu koniowodni są znacznie ruchliwsi, trzymając tylko dwa konie (oprócz swego) i mogą przy dobrym wyćwiczeniu z łatwością posuwać się galopem. (…) W końcu jeżeli policzymy ilość koniowodnych, po spieszeniu, to przekonamy się że jest ich dwunastu, a więc wtedy, kiedy pluton [proponowany przez rotmistrza pluton składał się z dwóch półplutonów każdy po 2 sekcje liniowe a 9 ludzi w trzech trójkach i erkaem – łącznie 46 ludzi i 48 koni – przyp. R.I.] znajduje się na postoju – można ćwiczenia w walce pieszo tak zorganizować, że prócz dwu zasadniczych drużyn, które otrzymamy po normalnym spieszeniu – możemy utworzyć drużynę trzecią z tych koniowodnych, pod d-wem podoficera za frontem, co będzie wygodnym sposobem organizowania samych ćwiczeń w walce pieszo.”

    Regulamin kawalerii z 1935 roku przewidywał, że każdy żołnierz powinien być szkolony jako koniowodny. Dowódcami koniowodów byli, począwszy od plutonu – zastępca dowódcy plutonu (przeważnie w randze plutonowego), szwadronu – wachmistrz-szef szwadronu, pułku – zastępca dowódcy pułku.

    Jak więc można z analizy samych regulaminów wnioskować, służba koniowodów była zadaniem niezwykle odpowiedzialnym – można wręcz pokusić się o stwierdzenie, że równoważnym z prowadzeniem działań bojowych, gdyż to od koniowodów zależało, czy konie będą odpowiednio zabezpieczone i oporządzone w takcie walki pieszej oddziałów, czy zostaną w odpowiedniej chwili i miejscu podprowadzone do kawalerzystów. Jak wspominał chociażby płk. dypl. Emil Gruszecki, opisując walki pod Słonimem 2 marca 1919 r., kiedy w stopniu wachmistrza służył w 7. pułku ułanów:

„Jeśli zaś chodzi o ułanów, to za wyjątkiem dłużej trwających okresów walk pozycyjnych, na koniowodów zawsze wyszykowało się rekrutów, łazików i inne kaleki. To wszystko osłabia odporność koniowodów.”

A przy okazji, takie „niezdary” bywają narażone na uszczerbek na zdrowiu o czym przekonał się uł. Epsztajn służący pod por. Kazimierzem Klaczyńskim w 9 pułku ułanów:

„Czasem jednak zjawiały się w szwadronie typy, zupełnie nie nadające się do wojska pod względem fizycznym, szczególnie jeśli chodziło o kawalerię. Takim przykładem naocznym w moim 4-tym szwadronie był ułan Epsztajn. Chociaż z drugiej strony bardzo sprytny i inteligentny chłopak. Kiedy raz na ćwiczeniach służby polowej w konnym szyku galopował, jako koniowodny z dwoma lancami, powodując dwa luźne konie (oprócz swego) [był więc koniowodem pierwszego szeregu sekcji liniowej – przyp. R.I], przypadkowo rozbił sobie lancą nos – dość pokaźny, typowo semicki. Z lekka „farbując” żalił mi się: - Dlaczego panie poruczniku biorą do wojska, a szczególnie do ułanów, takich ofermów jak ja? Przecież jestem wyraźnie garbaty, a ten żydowski nos zawsze sprawiał mi duży kłopot i niewygodę w moim życiu cywilnym. I to od najmłodszych lat. Przez te lata wyleciała z niego chyba dobra beczka mojej żydowskiej krwi. Jego koledzy w plutonie śmiali się ubawieni, szczególnie jego przyjaciel, też wyznania mojżeszowego, ale wzorowy ułan, prawdziwy pistolet.”


Zresztą, cytowany artykuł Gruszeckiego „Panika wśród koniowodów” opublikowany w „Przeglądzie Kawaleryjskim” nr 1/1935 zasługuje na poświęcenie mu uwagi, gdyż jest bardzo mięsistym opisem tego, co działo się gdy wśród koni i ludzi zapanowała panika. Otóż, kiedy to na rozkaz dowódcy szwadronu ówczesny wachm. Gruszecki jechał objąć komendę nad koniowodami 2/7 p.u. zobaczył taki obrazek:

Po ujechaniu niespełna kilometra ujrzałem niebawem koniowodów szwadronu na wyrębie, w odległości około 300 m odemnie, stojących w kolumnie trójkowej a zasłoniętych od Słonima występem leśnym (szkic). Część ułanów siedziała na koniach, część zeszła z koni, skacząc obok nich dla rozgrzewki i gwarząc beztrosko. Na przedpolu zapanowała cisza. Wogóle, atmosfera sielanki wśród ochotników, czekających na chrzest ogniowy! W tem…”

Część ułanów siedziała na koniach, część zeszła z koni, skacząc obok nich dla rozgrzewki i gwarząc beztrosko. Na przedpolu zapanowała cisza.
Wogóle, atmosfera sielanki wśród ochotników, czekających na chrzest ogniowy! W tem…


…Za plecami koniowodów rozpoczęła się kanonada, która zarówno ludzi jak i konie wprawiła w przerażenie. Większość ułanów, którzy pozostali przy koniach należała do tej kategorii żołnierzy, których, jak przyznał sam autor, na czas walki pieszej stara się dowódca mieć dalej od siebie.

„Wśród koniowodów zakotłowało się i oto, co widzę. Piesi usiłują dosiąść koni. Ciężko jednak przychodzi młodemu kawalerzyście wdrapać się na austrjackie siodło w kożuszku i płaszczu, obwieszonemu karabinem i ładownicami, trzymając ponadto jeszcze 2 luźne konie. Konni szamocą się z wydzierającemi się końmi. Część chce dopomóc pieszym kolegom, część kręci się w koło, a innych ponoszą już wylękłe „tygrysy”. (…) Uniosłem się w strzemionach, grzmiąc wielkim głosem: „Stać — tacy... owacy!“ Niestety, było to marzeniem ściętej głowy. (…)Już widać kilka koni, biegnących samopas ze splątanemi wodzami, tu mały ułan — sztubak, szuka w biegu jakiegoś pniaka, by się wgramolić na siodło, tam znów chudy jak tyka dziedzic — wolontarjusz, w okularach, siedząc na środkowym koniu — wpada akurat na samotne drzewo, które ominęły z obu stron kurczowo trzymane konie zewnętrzne, innemu znów ofermie kończy się koń, uciekając z pod siedzenia, albowiem puścił mu wodze, borykając się zawzięcie z końmi podręcznymi...”

Innymi słowy – apokalipsa. Aż słyszy człowiek w głowie ten koński kwik, nawoływania, trzask karabinowych kul i chrzęst śniegu pod kopytami. Jak opisuje Gruszecki po chwili na czoło wyrwały się w szaleńczym galopie koniowody jego – trzeciego – plutonu. Na nic zdały się nawoływania, a nawet:

„Ostatni ratunek — rewolwerem wymusić posłuszeństwo i zatrzymać koniowodów, zanim się całkiem rozprószą i rozbiegną po okolicy. Spinam konia, zabiegam jeźdźcom od czoła, kieruję pistolet w stronę najbliższych... Chwila, ułamek sekundy... Toć to chłopcy moi najdrożsi. — Chwila wahania się — krótka, lecz ostra, jak błyskawica — i już palę z browninga raz po razu do pierwszego z kraja a głosem nieludzkim wzywam do zatrzymania się.”

Jednak i to nie poskutkowało. Szczęściem wachmistrzowi udało się wyprzedzić oszalały tabun, a dalej konie popędziły jak to mają w swej naturze – za czołowym. Ostatecznie całe zamieszanie, trwające może dwie minuty zakończyło się bez poważniejszych strat – tylko kilka koni zbiegło w kierunku Baranowicz. Choć z perspektywy całego szwadronu czy pułku strata była niewielka, dla niektórych ułanów był to dramat:

„Trudno sobie rzeczywiście wyobrazić ogrom rozpaczy, gdy zziajany ułan dopada do koniowodów i przekonuje się, że koń jego gdzieś przypadł. (…) Nie było jednak już czasu na porachunki osobiste z koniowodami, gdyż szwadron, zagrożony w tej chwili przez kolumnę nieprzyjacielską, przebijającą się wzdłuż szosy na Baranowicze, — musiał odsądzić się kłusem, wyminąć przeciwnika od czoła i ruszyć jaknajrychlej na przeprawę pod Szydłowiczami, dokąd wzywał dowódca pułku. „Fusrajtery" po włazili więc na przyczepkę na silniejsze konie lokując się na przednich łękach, a jeden czy dwu, znacznego wzrostu i wagi, musiało biec na piechotę, trzymając się rękami za strzemiona kolegów, zanim w Albertynie nie wsiedli na wóz amunicyjny.”

    Inny obszerny fragment pokazujący jak wielkie znaczenie mieli koniowodni zamieścił w swych wspomnieniach mjr. Ksyk. Możemy więc przekonać się jakie emocje i nerwy towarzyszyły dowódcy pododdziału, gdy zgubili mu się koniowodni:

„Wreszcie decyduję się na odnalezienie koniowodnych, z którymi, ku memu zdziwieniu, od rozpoczęcia walki pod Grabiną nie mam łączności [sytuacja dzieje się około godziny 21, 16 września 1939 r., szwadron wszedł do walki po godzinie 15 – przyp. R.I.]. Zmęczeni idziemy tam, gdzie nastąpiło spieszenie szwadronu. (…) Koniowodni byli rozmieszczeni w dwóch grupach. Jedna to koniowodni podjazdu por. Staszka Czerwińskiego z wachmistrzem Argasińskim, druga zaś reszty szwadronu, przy której pozostał wachmistrz szef Jaworski, a z nim i konie przydzielonych nam ckm-ów.

Koni nie zastajemy w tym miejscu gdzieśmy je zostawili. Rozumiem, że dowódca koniowodnych mógł wybrać dla koni bezpieczniejsze miejsce, a nawet być zmuszonym do przesunięcia się, gdy był ostrzeliwany przez artylerię. Ale przecież jego regulaminowym obowiązkiem, było utrzymywanie łączności z walczącym szwadronem. W razie zmiany miejsca postoju winien zawiadomić mnie o tym lub zostawić na pierwotnym miejscu patrol łącznikowy. Co się stać mogło? Przecież przy koniowodnych został doświadczony wachmistrz Jaworski i sumienny Argasiński. Musiało zajść coś nadzwyczajnego, skoro obaj nie dopisali.

Po długim irytującym błądzeniu i kołowaniu po lesie znajdujemy wreszcie Jaworskiego. Są z nim konie pocztu dowódcy szwadronu, 1. i 2. Plutonu oraz konie ckm-ów. Jaworski nic nie wie o koniach 3. plutonu, który spieszył się osobno, gdy jako podjazd rozpoczął walkę. Następuje dalsze pełne zdenerwowania szukanie, które po długim czasie pozwala na odnalezienie Argasińskiego z końmi. Obydwaj wachmistrze usłyszeli dobrą porcję cierpkich słów. Nie pomogły wymówki, że dostali się pod ogień artyleryjski i spadające na nich bomby lotnicze. Stanowili w zgrupowaniu ponętny cel i musieli się nie tylko rozczłonkować, ale i zmienić miejsce postoju. Nie zmieniło to faktu, że obowiązkiem ich było utrzymywanie ze mną łączności.”

Służba koniowodnych to nie tylko trud i znój, ale także niepewność. Zgrupowania koni były łatwym i bezbronnym celem o czym niejednokrotnie w trakcie działań zarówno z lat 1918-1921 jak i w późniejszej wojnie przekonywali się kawalerzyści. Świadomość bycia pozostawionym niemal samemu z tabunem koni za które ciążyła na żołnierzu odpowiedzialność nie raz prowokowała żołnierzy do czynów, można pomyśleć, że wręcz nielogicznych. I tak, pomimo tego, że dowódcy wyznaczali do pozostania przy koniach przeważnie tych z żołnierzy, którzy przedstawiali najmniejszą wartość bojową, to z czasem nawet woleli iść w terkot karabinów i huk granatów niż zostać przy koniach, co wspomina Gruszecki - cóż, człowiek też stworzenie stadne:

"(...) jest chlubnem zjawiskiem, że każdy rwie się do walki, żołnierze w boju najlepiej czują się w gromadzie i przy swych dowódcach. Na to spostrzeżenie naprowadziła mnie jeszcze w 1915 r. pewna przygoda. Mianowicie raz w czasie ataku pieszego odesłany zostałem przez dowódcę plutonu do koniowodów, celem wymiany zagwożdżonego karabinka. Gdy zwróciłem się do kolegi, którego „wrobiliśmy" na koniowoda, aby mi użyczył na chwilę swej broni — ten rzucił mi wodze trzymanych koni i czyniąc brzydką propozycję, dał drapaka ze swoim Manlicherem... na linję tyraljerską, skąd dochodziło przeraźliwe „p a k a n i e“ rosyjskich strzałów." 

Być może tego typu sytuacje miały również swoją genezę w jeszcze jednym istotnym fakcie - jak zauważa wielokrotnie cytowany w niniejszym tekście Gruszecki, niemal niespotykanym było, by dowódcą koniowodów był oficer. Przytoczony w niniejszym tekście regulamin z 1935 r. przewidywał taką sytuację faktycznie dopiero na szczeblu pułku. W przypadku niższych związków taktycznych - szwadronu i plutonu, dowódcą koniowodnych był w myśl przepisów podoficer. Należy jednak pamiętać, że w realiach 1939 r. wachmistrz-szef szwadronu był niejednokrotnie weteranem z olbrzymim doświadczeniem, więc wyznaczenie go do, być może niezbyt zaszczytnej ale niesamowicie istotnej z perspektywy funkcjonowania oddziału służby było jak najbardziej słusznym posunięciem. 

Dla oficera, szczególnie młodego "liniowca" bycie pozostawionym do pilnowania koni mogło być czymś - w jego odczuciu - urągającym. Nieco inaczej wygląda sytuacja gdy np. jeden z plutonów zostaje w odwodzie i oczekuje wejścia do walki przy koniowodach - wtedy dowodzący plutonem odwodowym oficer siłą rzeczy przewodzi również zgrupowaniu żołnierzy pilnujących konie. Jednak wraz z chwilą przyjścia rozkazu o rzuceniu do walki odwodu - rusza wraz ze swoimi żołnierzami. A czasem dziwnym trafem oficer-koniowodny znajduje się na pierwszej linii, a komendę obejmuje rezolutny luzak, jak we wspomnieniu rtm. Suchorski, w 1939 r. w stopniu porucznika zastępca dowódcy kawalerii dywizyjnej 33 DP, o walkach nad Narwią 4 września: 

"W tym czasie do m.p. koniowodów i to spieszonych, zbliżały się jakieś oddziały piechoty niemieckiej. Byli już bardzo blisko, gdy padł rozkaz: „Koniowodni na mój rozkaz - na koń i... Za mną galopem marsz!” Komendę objął luzak rtm. Kowalewskiego, st. ułan służby czynnej Lempke – polski Niemiec. Ku naszemu zdziwieniu ujrzeliśmy galopujących koniowodów, a po zatrzymaniu padła komenda „Baczność!” i meldunek - „Panie rotmistrzu, st. ułan Lempke melduje posłusznie, przyprowadziłem koniowodów, gdyż na starym miejscu już Niemcy.”Szukaliśmy wzrokiem porucznika Nieczyporowicza...[w tamtej sytuacji wyznaczonego na dowódcę koniowodów - przyp. R.I.] stał w pobliżu nas z miną „oblanego sztubaka”, a w ręku trzymał niemiecki karabin z okrwawionym bagnetem St. ułan Lempke został przedstawiony do odznaczenia orderem V.M."

Jak więc widać, kwestie pilnowania koni i służba koniowodów była niezwykle istotnym zagadnieniem. Złośliwi mówią, że była to „pięta achillesowa” kawalerii i poniekąd nie sposób nie przyznać im racji. Rower czy samochód pozostawiony w tym samym miejscu, jeżeli nie przyczyni się do tego trzęsienie ziemi, powódź, tornado czy osoba trzecia – co do zasady pozostanie tam, gdzie zaparkowaliśmy. Jednakże myślą przewodnią tego artykułu jest nie tylko przybliżenie samego zagadnienia, co próba zwrócenia uwagi na to, że aspekt ten jest wśród rekonstruktorów i kawalerzystów-ochotników niemal całkowicie marginalizowany, co w sposób znaczny wypacza obraz kawalerii. Może więc warto pochylić się nad tematem by móc prezentować kawalerię w jej faktycznej, pełnej krasie i wachlarzu możliwości?

Koniowodny w marszu - prowadzenie trzech koni przy jednoczesnym trzymaniu dwóch lanc nie należy do najłatwiejszych zadań nawet w trakcie sesji zdjęciowych
 - a co dopiero w czasie kanonady i wybuchów?

 

BIBLIOGRAFIA:

Ejchler Stefan Reorganizacja plutonu i szwadronu [w:] Przegląd Kawaleryjski nr 3/1927

Gruszecki Emil Panika wśród koniowodów [w:] Przegląd Kawaleryjski nr 1/1935

Klaczyński Kazimierz Służyłem w najlepszym Pułku

Ksyk Edward W barwach 9 Pułku Ułanów Małopolskich

Ministerstwo Spraw Wojskowych, 1922, Regulamin kawalerji

Ministerstwo Spraw Wojskowych, 1935, Regulamin kawalerji. Cz. 3 Musztra i walka małych oddziałów kawalerji

Podhorski Zygmunt Zagadnienia organizacji szwadronu [w:] Przegląd Kawaleryjski nr 5/1927

Suchorski Jarosław Szwadron kawalerii Korpusu Ochrony Pogranicza "Olkieniki". Rys historyczny

Tym Juliusz Przypis nr 313 [w:] W barwach 9 Pułku Ułanów Małopolskich


Zdjęcia: Michał Kokot Imaging Technics. Cała sesja dostępna tutaj.



poniedziałek, 2 grudnia 2019

Hrubieszowsko-poznańskie dywagacje.

Por. Kamiński - zwycięzca próby broni białej na
mistrzostwach w Hrubieszowie

Ze względu na to, że jeden z ostatnich wpisów w którym przedstawiłem odnaleziony projekt toru do próby szabli na Mistrzostwa Armii ’34 autorstwa komendanta CWK płk. Podhorskiego wywołał sporą dyskusję od komentarzy „ale łatwe, to dziś trudniejsze jeździmy” po „kiedyś przeglądałem zbiory i tam były różne przeróżne” – to dziś właśnie taki przykład „różnych przeróżnych”.

Niniejsze projekty pochodzą ze zbiorów dokumentów po kpt. Bylczyńskim – oficerze 7. Dywizjonu Artylerii Konnej Wielkopolskiej, a dokładnie z regulaminu rozgrywania konkursów militari o mistrzostwo dywizjonu. Słowem „wtrętu” i jako ciekawostkę dodam, że według tego regulaminu próby: ujeżdżenia, władania bronią i bieg w terenie miały współczynnik 15, konkurs skoków 25, a bieg z przeszkodami 30 (domniemywam, że „bieg w terenie” oraz „bieg z przeszkodami” to po prostu poszczególne etapy próby terenowej – „drogi i ścieżki” oraz „cross”). Nieco inaczej były również przyznawane punkty karne – zasadniczo zrównano tutaj wszystkie próby, bowiem w ujeżdżeniu oceniano czy ruch jest wykonany dobrze czy źle (0/1 pkt. karny) lub wcale (3 pkt.) – dokładnie w ten sam sposób co w próbie broni białej, gdzie zaliczony pozornik to było „zero”, łoza złamana, zrzucone kółko itd. - 1 pkt., pozornik nietrafiony – 3 pkt. oraz przekroczenie normy czasu -1 pkt. za każdą rozpoczętą sekundę. Co ciekawe „całościowo” zdecydowanie więcej pkt. karnych można było załapać w ujeżdżeniu niż w szabli – 42 ruchy na czworoboku versus 11 cięć i pchnięć szablą (nie było próby władania lancą). Do tego dochodzi próba strzelania – 3 tarcze, ale nieco inna punktacja – chybienie kosztowało stratę 2 punktów.

Tor do władania szablą wg. opisu
kpt. Bylczyńskiego 
Jednakże kwestie punktów, mnożników, ważności tej czy innej próby zostawmy na boku. Przejdźmy do tego, co tygryski lubią najbardziej czyli „mięska”.  W zachowanym rękopisie znajdują się dwa tory do szabli – dla oficerów i podoficerów oraz dla szeregowych niezawodowych. Na początku muszę uprzedzić, że przedwojenni mieli w głębokim poważaniu bhp, regulaminy i podział na LL/L :)

Tor dla oficerów i podoficerów składał się z 11 pozorników ustawionych na dystansie 190 metrów. Tempo wynosiło 475 m/min., a norma czasu 24 sekundy. Start oraz meta wyznaczone były 10 metrów przed pierwszym i za ostatnim pozornikiem. Mapę toru przedstawia zdjęcie pierwsze.
1. Warkocz słomy w prawo;
2. W odstępie 10 m łoza w prawo;
3. W odstępie 15 m łoza w lewo;
4. W odstępie 15 m łoza w prawo;
5. W odstępie 10 m stożek gliny (gomóła) w prawo;
6. W odstępie 10 m kłucie kuli słomianej w lewo;
7. W odstępie 20 m kółko o śr. 15 cm w prawo;
8. W odstępie 20 m kółko o śr. 15 cm w prawo;
9. W  odstępie 20 m kłucie manekina wiszącego w lewo;
10. W odstępie 30 m kłucie manekina leżącego w prawo;
11. W odstępie 30 m kłucie kuli słomianej w lewo;

Tor dla szeregowych niezawodowych składał się z siedmiu pozorników. Pokonywany był w tempie 450 m/min., z normą czasu 12 sekund. Dystans – 90 metrów.
1. Warkocz słomiany w prawo;
2. W odstępie 10 m łoza w prawo;
3. W odstępie 15 metrów łoza w lewo;
4. W odstępie 15 metrów łoza w prawo;
5. W odstępie 10 m stożek gliny w prawo;
6.W odstępie 10 m manekin wiszący w prawo;
7. W odstępie 10 m kłucie kuli słomianej w lewo;

Co oczywiście rzuca się w oczy, to występowanie w obu konkursach (a w zasadzie w trzech, biorąc pod uwagę, że podoficerowie startowali we własnej kategorii „jadąc” to samo co oficerowie) – cięcia na lewo, a w zasadzie cały początek obu torów (do pozornika nr 5) jest identyczny.

Opis toru do władania szablą dla oficerów i podoficerów
Wracając jeszcze na chwilę do sprawy Hrubieszowa. Prezentowany przeze mnie projekt nie został ostatecznie przyjęty – o czym świadczy wspomnienie drugiego oficera 7. dak, Józefa Otfinowskiego, który na mistrzostwach w 1934 roku startował jako jeździec indywidualny:
„Po południu moja >specjalność<: dwukrotny przebieg po torze do próby władania białą bronią. Artylerzyści konni szablą, kawalerzyści szablą i na tym samym torze, lancą. Tor długości 310 metrów. Czas przejazdu 45 sekund. Dwie przeszkody – płoty z dwiema łozami, jedną w prawo, drugą w lewo, pozatym z trzema głowami imitowanymi przez kule gliny, dwoma manekinami do pchnięcia i warkoczem ze słomy. Jak to pamiętam? Z tyłu starej fotografii znalazłem szkic przebiegu z napisem >1934 Zawody Centralne Armii, Hrubieszów.<” 

  

Ach, gdyby mieć tą fotografię, a jeszcze bardziej jej rewers! Jak sobie radzili zawodnicy z tym torem? Według relacji zamieszczonej w książce L. Kukawskiego „Konne mistrzostwa Wojska Polskiego w II Rzeczpospolitej”:
„Tor do władania szablą na krzywej i prostej nie nasunął zawodnikom większej trudności, natomiast tor do władania lancą, nieco trudniejszy w tym roku, oraz mokry i śliski teren spowodowały, że władanie lancą przysporzyło zawodnikom w tej próbie najwięcej karnych punktów.”

Przy okazji treść wiadomości z dnia 12 maja 1934 roku do szefa Departamentu Kawalerii od komendanta CWK płk. Podhorskiego, charakteryzującej przesłane projekty torów do władania bronią białą:
„Na pismo Pana Pułkownika Nr.2422-99/Og. Z dnia 16.IV.br przesyłam dwa projekty tras do władania szablą i jeden do władania lancą.
Trasy opracowane na podstawie warunków zawartych w programie zawodów o Mistrzostwo Armji z uwzględnieniem wytycznych zawartych w piśmie Pana Pułkownika. Trasy te zostały w C.W.Kaw. praktycznie wypróbowane przez wyznaczonych w tym celu oficerów, którzy osobiście je przejeżdżali oraz przez podchorążych starszego rocznika.
SZABLA: Trasa I. Lepsza, bardziej prawidłowy /łagodny/ wyjazd z krzywej na prostą. Trasa 265-280 kroków /licząc krzywizny/. Czas przebiegu 26-28 sekund.
Trasa II. Gorsza, gdyż wyjazd na prostą jest bardziej przykry. Przebieg 235-280 kroków /licząc krzywizny/. Czas 24-25 sekund. W obu trasach czas brany średni, przeciętnie tempo 450 mtr. na min.
Lanca /trasa III/ Tak jak i szabla – ocena praktyczna. Przebieg 225 krok. Czas 21 sekund.”

Jako ciekawostkę można dodać, że wśród „królików doświadczalnych" owych tras znaleźli się najprawdopodobniej między innymi Jerzy Dziedzic (3. p. szwol.), Kazimierz Klaczyński (9. p.uł.) Marian Walicki (14. p. uł.) czy Stanisław Wołoszowski (1. p.s.k.) – jako podchorążowie starszego rocznika. Nie sposób przy tej okazji nie zamieścić fragmentu wspomnień „Klaczy” opisującego barwnie rąbkę na grudziąckiej „Saharze” – a kto wie, czy nawet nie drugą z przedstawionych przez pułkownika propozycji, biorąc pod uwagę, że niniejszy fragment to zawody szwadronowe starszego rocznika:
Opis toru do władania szablą dla szeregowych

„Następny! Następny! I znów tętent, łomot, zgrzyt i wrzask. Galopują: Wołoszowscy, Rószkiewicze, Wasilewscy, Dziedzice (…). Wyciory i konusy. Drągale i pigmeje, ale wszyscy pistoleci.(…)

Na dany przez Komendanta Szkoły, płk. Chomicza rozkaz, katapulty wyrzuciły pierwszych „pistoletów”. W moim plutonie drugim, rtm. Łaskiego (3. pułk szwoleżerów), wszystko idzie składnie. Chłopaki kłują i rąbią „jak ta lala”, a każdy mówiąc po cichu ma swoje złożenie, któremu najbardziej ufa. Tylko jeden, pchor. Jurek Dziedzic, ma stuprocentowe, nienaganne, regulaminowe złożenie – no, ale on to przecież chodzący podręcznik do wszystkiego – a w ogóle we wszystkim najlepszy. On to właśnie zawsze mnie pouczał: - Pamiętaj Kaziuk – nie szczęście, a regulamin. I jakby na dowód tego przejechał na czysto i  na lancę i na szablę. Następny wali z zapierdem (poprykujący koń) pchor. Stasiu Wołoszowski. Złożenie jak u Don Kichota, ale – że w czepku się urodził – wszystko przychodziło mu łatwo i samo lazło w ręce. Tak samo i teraz kończy bez punktów karnych .(…)
Tor do władania bronią białą dla szeregowych
Wreszcie i na mnie przychodzi kolej. Zataczając ostatnie koło modlę się w duchu, aby ułani obsługujący pozorniki, zakładając łozy w stojaki, nie uraczyli mnie „sztachetami” (tak nazywaliśmy grube łozy), bo wtedy zdechł pies i klapa – nie dam rady. Trzeba jednak ujawnić prawdę, że były w Szkole osiłki, które przedkładały tego rodzaju łozy twierdząc, że szabla lepiej się ich ima. (…) Na sygnał trąbki wyskakuję z koła. Wspinam klacz – trzy kroki na zadzie w przód, dwa kroki w tył – zwrot w prawo, skok jak kangur do przodu i paszli. (…) Dopadając do startu rzucam jedno błyskawiczne spojrzenie w kierunku widzów gdzie siedzi Żółtek [chodzi o rtm. Łaskiego, dowódcę plutonu – przyp. R.I.] i trzeszczy oczy spod „słonecznika”. Nie widzę w twarzy ani nagany, ani aprobaty, co może oznaczać, że gdy wszystko pójdzie, zapomni o tej akrobacji. (…) „Francuska” (mieliśmy wtedy szable francuskie), chuda i długa, nie bardzo leży mi w ręce, jednak tnę z wściekłością od ucha i jakoś łozy lecą. Zdejmuję kółka, dziurawię leżących, przebijam wiszących – glina, kurza twarz, spadła (widocznie za lepka). Ostatni pozornik w lewo, słomiana główka, raczej bagatela. Z gracją wysuwam pióro szabli tuż ponad końskimi uszami, wychylam się w lewo – przód i kłuję. Główka zleciała, ale jednocześnie jakimś dziwnym i niezrozumiałym dla mnie sposobem, szabla wypryskuje mi z garści. W ułamku sekundy widzę ją zawieszoną w górze, a jednocześnie włosy stają mi na głowie, boć to przecież dyskwalifikacja. No i granda na całą Szkołę. Utrata szabli.
Wszystko zrywa się z krzeseł, a na pewno serce Żółtka skamieniało. O, tragedio, najlepszy pluton i ostatnie miejsce. No i cud. Bojąc się, żeby spadająca łukiem do przodu „zdrajczyni” nie rozkrajała mi fizjonomii, zamykam oczy, odruchowo wyciągam rękę przed siebie i czuję jej chropowatą rękojeść na nowo w garści. O, radości! O, nieba! Nie do uwierzenia! Wypadek jeden na milion (a klnę się na ułańskie ostrogi, że to szczera prawda). I prawie w tym momencie chciałem wykrzyknąć wraz z Zagłobą Onufrym: - Zdobyłem chorągiew!”  

BIBLIOGRAFIA: 
Klaczyński K. Zanim zostałem oficerem. Wspomnienia z Pińczowa i Grudziądza
Kukawski L. Konne mistrzostwa Wojska Polskiego w II Rzeczpospolitej
Otfinowski J. Wspomnienia oficera artylerii konnej ze służby w 7-mym wielkopolskim dywizjonie artylerii konnej w latach 1932-1937

  
  

piątek, 8 listopada 2019

Barwy kawalerii



Proporce kawalerii
(źródło: Wojsko Polskie 1939-1945 Barwa i Broń)
Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, w trakcie walk o wschodnie granice kraju w latach 1919-1921 oraz w okresie stabilizacji i przechodzenia wojska ze stopy wojennej na pokojową starano się usystematyzować barwy poszczególnych służby i broni, co ostatecznie osiągnięto w 1927 roku. 

W przypadku kawalerii proces ten przebiegał dość opornie. Pierwsze protesty pojawiły się już w 1919 r., kiedy to pułki kawalerii oraz dywizjony artylerii konnej miały otrzymać łapki w barwach broni zamiast proporczyków oraz utracić barwne otoki czapek. Batalia o proporczyki została wygrana przez bronie jezdne w 1920 roku, a dwa lata później przywrócono również kolorowe otoki rogatywek oraz okrągłych czapek tzw. „angielek”. Nie był to jednak koniec problemów komisji ubiorczych z kawalerzystami. Choć zasadniczo starano się obierać w miarę czytelny klucz poszczególnych barw pułkowych, nawiązując do okresu Księstwa Warszawskiego, Królestwa Polskiego czy Powstania Listopadowego, a przede do najnowszej historii i tradycji pułków formowanych w latach 1917-1919, niektóre jednostki starały się wpleść w swoje barwy elementy wyróżniające.

W myśl tych tradycji pułków ułanów z okresu Królestwa Kongresowego noszone barwy powinny być w następującej kolejności: 
  • pułk 1, 5, 9… - barwa karmazynowa;
  • pułk 2, 6, 10… - barwa biała;
  • pułk 3, 7, 11… - barwa żółta;
  • pułk 4, 8, 12… - barwa niebieska;
O ile kolejność ta została zachowana w przypadku pułków szwoleżerów oraz pierwszych pięciu pułków ułanów tak im dalej w las, tym większa była mozaika.  

Warto jednak zaznaczyć, że o ile barwy otoków w pułkach szwoleżerów od początku były zgodne z tradycją, tak dopiero w 1928 roku, po blisko dwuletnich staraniach 3 pułk szwoleżerów otrzymał na proporczyku żyłkę barwy żółtej a nie jak w 1 i 2 pułku – czerwonej. Nieco inaczej sytuacja się miała w przypadku 13 Pułku Ułanów Wileńskich, który według rozkazu miał nosić otoki barwy różowej. Pułk otrzymał od mieszkającej w Wilnie wdowy po dowódcy pskowskiego pułku dragonów belę sukna w kolorze „carskiej róży” (malinowej z odcieniem łososiowym). Po wyczerpaniu się zapasów, by pozostać przy „tradycyjnej” barwie, materiał sprowadzano z Wielkiej Brytanii, a od 1929 roku z Wiednia. Aż do wybuchu wojny żadna krajowa fabryka nie produkowała sukna w tym odcieniu. Inaczej natomiast wyglądała historia barw 17 Pułku Ułanów Wielkopolskich. W trakcie wypadu na koszary 12 pułku dragonów w Gnieźnie, powstańcy zdobyli zapasy mundurowe 4 Pułku Dragonów Śląskich - który to posiadał wypustki na mundurach w barwie słonecznikowej. Pułk, z racji bycia drugim w kolejności formowanym oddziałem kawalerii miał przyjąć nazwę 2 Pułku Ułanów. W trakcie uroczystej przysięgi, która miała miejsce na gnieźnieńskim rynku w dniu 9 lutego 1919 r. gen. Dowbór-Muśnicki widząc żółte barwy zapytał żołnierzy, czy chcą pozostać przy barwach, czy numeracji i zgodnie z tradycją przyjąć barwę białą - żołnierze zgodnie opowiedzieli się za barwą żółtą, w związku z czym przyjęli nazwę 3 Pułku Ułanów. 
Barwy 3. Pułku Ułanów Wielkopolskich
(rys. L. Rościszewski)

Inaczej sytuacja miała się w przypadku pułków strzelców konnych. Zgodnie z tradycją okresu Kongresówki barwy strzelców konnych nawiązywały do zielonego koloru mudnuru z tego okresu. W 1925, z inicjatywy dowódcy 10 psk, płk. Minkusza rozpoczęto starania nad “ubarwieniem” strzelców konnych. Głównym argumentem było to, że młodzież nie chciała służyć w pułkach strzelców konnych ze względu na brzydkie barwy. Będący członkiem Komisji Ubiorczej płk. Gembarzewski próbował zawetować wprowadzenie zmian argumentując, że “stworzyło się już wielką pstrokaciznę z ułanów i nie należy jej rozszerzać na strzelców konnych.” Ostatecznie jednak od 1927 strzelcy konni otrzymali nowe barwy, znów w pewien sposób nawiązujące do tradycji kongresowej. Pierwsze cztery pułki strzelców konnych otrzymały otoki barwy amarantowej, kolejne cztery - białej, a dwa ostatnie barwy żółtej. 

W przypadku proporczyków, wszystkie pułki strzelców konnych posiadały górną część proporca w barwie zielonej (choć różnych odcieniach) dolna natomiast była taka sama jak barwa otoku. Poszczególne pułki różniły się w danych “podgrupach” żyłką pośrodku proporczyka.  W przypadku pierwszych czterech pułków strzelców 1 psk nie posiadał żyłki, 2 i 4 psk natomiast wbrew tradycji miały barwy zamienione - 2 psk. który powinien mieć żyłkę białą posiadał niebieską, a 4 psk - odwrotnie. 3 psk.\ zgodnie z tradycją miał żyłkę żółtą. 

W przypadku kolejnej grupy wszystkie proporczyki były zielono-białe z odpowiednim kolorem żyłki - 5 psk - amarantowa, 6 psk żyłki nie posiadał, gdyż przypadał mu kolor biały, 7 psk - żółta, 8 psk - niebieska. Ostatatnie dwa pułki strzelców konnych posiadały proporczyki zielono żołte z żyłkami - 9 psk - czerwoną oraz 10 psk z żyłką białą. Idąc dalej przyjętym kluczem możemy założyć że kolejne pułki posiadałyby - 11 psk proporczyk zielono-żółty a 12 psk - zielono-żółty z niebieską żyłką.      

Wzory proporców kawaleryjskich i artyleryjskich
według instrukcji z 1927 roku.
Oprócz pułków kawalerii i dywizjonów artylerii konnej proporczyki nosiły również m.in. szwadrony pionierów i łączności. Te pierwsze w 1924 roku otrzymały proporczyki pąsowo-czarne i czarne otoki rogatywek. Wprowadzało to niejednokrotnie zamieszanie z racji podobieństwa do bar artylerii konnej (proporczyki czarno-pąsowe i czarne otoki), zdarzały się przypadki przypisania przewin kanonierów – pionierom i odwrotnie. Niejednokrotnie w trackie uroczystości dowódcy formacji wnioskowali o oddzielanie ich pododdziałów od siebie, by nie były brane za całość. Ostatecznie w 1927 roku zmieniono bary pionierów na czarno-szkarłatne i szkarłatne otoki, a konflikt pomiędzy artylerią konną a pionierami został zażegnany. 

We wrześniu 1939 roku z barwnych ułańskich mundurów pozostały już jedynie proporce dowódców pułków oraz poszczególnych szwadronów - 1, 2, 3, 4, ckm oraz plutonu łączności. Proporzec dowódcy pułku wprowadzony rozkazem z Dziennika Rozkazów MSWojsk. nr 8 z 3 marca 1927 r., poz. 65 posiadał wymiary 120 cm długości na 35 cm szerokości. Wycięcie o głębokości 50 cm. Żyłki (wewnętrzne pasy na proporcu) posiadały szerokość 5 cm (przy pojedynczej żyłce) oraz po 2,5 cm przy żyłce podwójnej. Od strony drzewca lancy proporzec posiadał kwadrat o bokach 35 na 35 cm, podzielony na cztery kwadraty w kolorach czerwonym, żółtym (górny rząd) oraz białym i niebieskim (dolny rząd) oznaczające cztery szwadrony.

Pluton łączności 1. psk, połowa lat '30.
(źródło NAC)
Pięć pułków kawalerii posiadało niestandardowe proporce: 1. pułku szwoleżerów proporzec miał sześć kwadratów (dodatkowe dwa z oznaczeniami szwadronu ckm i plutonu łączności). 11. pułk ułanów miał wyszyty na kwadracie monogram honorowego szefa pułku, marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego. 13. pułk ułanów, zamiast kwadratu czerwonego oznaczającego 1. szwadron posiadał kwadrat zielony ze złotym półksiężycem i gwiazdą - symbol szwadronu tatarskiego. Proporzec 27. pułku ułanów posiadał zamienione kolejnością kwadraty biały i żółty. Ostatnim niestandardowym proporcem był zatwierdzony rozkazem MSWojsk. nr 21 z 26 czerwca 1929 roku, poz. 205 proporzec dowódcy 5 psk, który nawiązywał do tradycji poszczególnych szwadronów: kwadrat 1. szwadronu na czerwonym tle posiadał sylwetkę głowy wilka nawiązując do szwadronu “Wilków” jazdy Ziemi Lwowskiej, 2. szwadronu (pod kwadratem pierwszego, a nie obok) posiadał herb ziemi kujawskiej jako dawny szwadron jazdy Ziemi Kujawskiej, 3. szwadronu (górny prawy) na żółtym tle posiadał dwa skośne (z lewego górnego rogu w prawy dolny) pasy koloru niebieskiego (chabrowego) nawiązujące do barw województwa mazowieckiego jako dawny szwadron jazdy Województwa Mazowieckiego. Kwadrat 4. szwadronu na niebieskim tle posiadał dwa pasy żółte w takim samym ułożeniu jak w przypadku szwadronu trzeciego, odwołujący się do tradycji jazdy ziemi mazowieckiej.  
Proporce kawalerii wg. Instrukcji o znakowaniu O.37/1939

Proporce dowódców szwadronów posiadał wymiary 80 na 20 cm oraz wcięcie o głębokości 30 cm. W przypadku żyłek posiadały one szerokość 4 cm (pojedyncza) oraz 2 cm (podwójna). Kwadrat z oznaczeniem szwadronu posiadał boki o wymiarach 20 na 20 cm. W przypadku szwadronów liniowych kwadrat był w barwie danego szwadronu - wyjątek stanowił 1. szwadron 13. pułku ułanów (1. Szwadron Tatarski), który posiadał złoty półksiężyc z gwiazdą na zielonym tle. W przypadku szwadronu ckm oznaczeniem był czarny kwadrat z pionowym białym pasem przechodzącym przez jego środek, a symbolem plutonu łączności był kwadrat czarny z białą ośmioramienną gwiazdą.   

Nie sposób pominąć milczeniem, że rozkazem MSWojsk. z 15 sierpnia 1939 wprowadzono “Instrukcję o znakowaniu” (sygn. O.37/1939) oraz “Album znaków do Instrukcji o znakowaniu” (sygn. o.37a/1939), które miały obowiązywać od 11 listopada 1939 roku. Ze względu na termin wprowadzenia instrukcji, która najprawdopodobniej nie weszła w życie w zakresie zmian proporców kawaleryjskich (zmienione były symbole szwadronu ckm oraz plutonu łączności, a także szwadronów łączności i pionierów brygad kawalerii). Wszystkim zainteresowanym serdecznie polecam Wydanie Specjalne Wielkiego Leksykonu Uzbrojenia tom. 1 “Znakowanie Wojska Polskiego w 1939 roku” autorstwa p. Szymona Kucharskiego.

I w tym miejscu pojawia się nowy element układanki. Przygotowując się do pisania kolejnej publikacji z serii „WLU”, za pośrednictwem kol. Kuby Rodaka natrafiłem na niezmiernie ciekawe zdjęcie przedstawiające szwadron ciężkich karabinów maszynowych 9 Pułku Ułanów Małopolskich. Wieloletni badacz pułkowej historii – pan Andrzej Przybyszewski twierdzi, że zdjęcie zostało wykonane 11 listopada 1938 roku, czyli na rok przed rozpoczęciem obowiązywania wspomnianej wyżej instrukcji, tymczasem… na proporcu dowódcy szwadronu dumnie powiewa nowe oznaczenie! Samo zdjęcie jest interesujące również z innych względów – tłum gapiów ubrany jest zdecydowanie na okres jesienno-zimowy bądź zimowo-wiosenny – tymczasem ułani płaszcze mają troczone na przednich łękach. O ile to drugie każdego badacza dziwić nie powinno – wszak w wojsku rozkaz to rozkaz i jeśli dowódca pułku podjął decyzję o takim a nie innym umundurowaniu obowiązującym na uroczystości to nie było dyskusji. Brak liści na drzewach oraz ubrania cywilów faktycznie mogą wskazywać na obchody Święta Niepodległości, ale również…. (co jest moją tezą)… Imieniny Marszałka Piłsudskiego czyli 19 marca 1939 roku – dzień bardzo uroczyście obchodzony w Wojsku Polskim. Co ciekawe, nawet w zachowanym albumie mjr. Edwarda Ksyka, w którym starannie odwzorował proporce pułkowe widnieje stary symbol szwadronu karabinów maszynowych (nota bene na boku, ołówkiem dopisany jest rozkaz wprowadzający z 1927 roku).  
Szwadron ciężkich karabinów maszynowych 9. Pułku Ułanów Małopolskich na ulicach Trembowli. Na proporcu znak szwadronu ckm według nowej instrukcji.
(zdj. ze zbiorów p. Barbary Seidel dzięki uprzejmości p. Andrzeja Przybyszewskiego)

Ze starych fotografii ukazujących życie garnizonowe „dziewiątki” wiadome jest, że w pułku testowano czasem nowinki sprzętowo-mundurowe np. nowy wzór pasów żołnierskich z tak zwaną klamrą „rembertowską”. Czas pokaże czy rozjaśni się tajemnica nowych proporców – być może nowe światło rzucą na ten temat rozkazy pułkowe, czy analiza fotografii innych pułków Podolskiej BK.

BIBLIOGRAFIA:
R. Iwaszkiewicz, P. Janicki Wielki Leksykon Uzbrojenia - Wrzesień 1939 tom 173 Umundurowanie i wyposażenie kawalerii
S. Komornicki Wojsko Polskie 1939-1945 Barwa i Broń
S. Kucharski Wielki Leksykon Uzbrojenia Wydanie Specjalne tom 1 Znakowanie Wojska Polskiego w 1939 roku
K. Szaładziński Polsce zawsze i wszędzie służyć będę. Munduri broń Wojsk Wielkopolskich 1918-1920
J. Taborski 17. pułk ułanów Wielkopolskich

czwartek, 29 marca 2018

Opus magnum?



Siodła konstrukcji zagranicznej używane w WP
rys. z Instrukcji Taborowej
                   „Konia z rzędem temu kto…” mówi stare przysłowie. Jak przez wiele lat, tak i dziś koń jest na swój sposób towarem ekskluzywnym. Dla kawalerzysty –  obojętnie czy rekonstruktora czy ochotnika – powinien być dumą i oczkiem w głowie. Ale przecież nie zajmujemy się kawalerią rzymską żeby jeździć na oklep, w związku z czym potrzebny jest drugi element układanki – rząd. Najbardziej popularnym dziś modelem siodła kawaleryjskiego w Polsce jest ostatnie z zaprojektowanych przed wojną – wz. 36. Mówię to trochę z żalem, gdyż wcześniejszy wzór pozwoliłby na prezentowanie sylwetek kawaleryjskich w zasadzie od połowy lat ’20 aż do 1939 r. Ale jest jak jest, wszyscy mają rzędy wz. 36, szable wz. 34, w KO każdy może zostać oficerem więc od początku ma mundur z gabardyny i tak leci… A jak to często przy pewnym braku alternatywy i bezrefleksyjności bywa, zaczynają rodzić się mity…
                Lata ’20 XX wieku były dla odrodzonego Wojska Polskiego okresem niezwykłej pstrokacizny i różnorodności wykorzystywanego wyposażenia. W kawalerii, w pewnym sensie, ta mozaika była nawet jeżeli nie oczekiwana, to wykorzystywana na wszelkie możliwe sposoby, aby tylko wyróżnić pułk na tle innych i umocnić w ten sposób jego esprit de corps. Jednakże, o ile zmienianie fasonów kurtek, daszków czapek  i tym podobne zabiegi są działaniami mało szkodliwymi, tak wielość modeli wykorzystywanego uzbrojenia i oporządzenia przyprawiała niejednokrotnie intendenturę o zawrót głowy. A tych było wiele, pochodzących głównie z armii zaborczych jak i kupowanych z brytyjskiego i amerykańskiego demobilu. Każdy z tych krajów miał odmienną filozofię wykorzystania kawalerii, style jazdy, a co za tym idzie dosiad – nic więc dziwnego, że różniły się także rzędy.
Polskie terlice wz. 25 i 27, oraz siodło żołnierskie wz. 25
                W połowie pierwszego dziesięciolecia niepodległości powstało nowe, krajowe siodło wojskowe wraz z całym przynależnym mu wyposażeniem i instrukcją troczenia. Rząd wz. 25, bo o nim mowa, był w zasadzie brytyjskim siodłem Universal Pattern 1902 na czapraku i z sakwami od rosyjskiego siodła dragońskiego model 1888. Czy był to zestaw dobrze wymyślony, czy raczej można mówić o ponownym odkrywaniu Ameryki? Z jednej strony zupełnie nie dziwi chęć stworzenia własnego modelu wyposażenia dla kawalerii, szczególnie w kraju, w którym dla tego rodzaju jednostek był olbrzymi sentyment,
z drugiej natomiast zastanawiający jest pomysł akurat takiego połączenia. Niestety na ten moment nie znam motywów takich, a nie innych wyborów, jednakże można łatwo stwierdzić, że niektóre z nich ze sobą nie współgrały. Ot, chociażby wojłokowy wałek na przedzie skórzanego czapraka, mający izolować przewożony na przednim łęku owsiak od końskiego potu, utrudniał przewożenie szabli pod tybinką, z drugiej natomiast strony kula na tylnym łęku siodła, której zadaniem jest umożliwienie piętrowego troczenia wyposażenia okazywała się w zasadzie zbyteczna – wyjątek stanowiło troczenie kociołka, gdyż menażka mogła być przewożona w sakwie. Ogólnie, za wyborem troczenia na wzór rosyjski przemawiały dwa argumenty. Pierwszym z nich było rozmieszczenie pakunku, a co za tym idzie ciężaru na przednie i tylne nogi końskie. W naturze, jak podaje w „Hipologii” t. I W. Hofman przód konia jest obciążany o 1/9 masy całkowitej konia bardziej od zadu, czyli stosunek obciążenia nóg przednich i tylnych wynosi 4:3. Całą więc sztuką przy projektowaniu rzędu wojskowego jest zrobienie tego w tak zmyślny sposób, by nie zachwiać znacząco tej proporcji. Z jednej strony zad jako motor napędowy konia nie może być za bardzo obciążony, z drugiej natomiast strony, zbyt duże obciążenie przodu spowoduje problemy przy ruchu do przodu – „przyduszanie konia do ziemi” – to trochę jak robienie pompek z obciążeniem na ramionach. Stąd też przypadł do gustu naszym decydentom rząd carski i pod tym względem był to wybór trafny – wg „Kroniki kawalerji państw obcych” (Przegl. Kaw. 1933/10 poz. 6a) głoszącej o pracach nad modernizacją wyposażenia wożonego przez kawalerię sowiecką na siodłach wz. 1925 (nie naszych, a radzieckich) będących modyfikacją carskich wz. 1888, koń nieosiodłany o wadze 400kg obciąża kończyny przednie i tylne w stosunku procentowym 58 do 42, z samym rzędem, osiodłany wg nowego wzoru 58,7 do 41,3 a
Francuski rząd wz. 1874
fot. Nicolas Drouot
pod jeźdźcem 61 do 39 (przy poprzednim troczeniu – 66 do 34). Jak więc widać wyniki konia pod siodłem były całkiem zbliżone do naturalnych. Drugim argumentem za przyjęciem podobnego wzoru była metoda przewożenia szabli w WP. Według zwolenników tego argumentu skórzany czaprak ma chronić bok konia przed dyskomfortem spowodowanym uciskiem uda na pochwę szabli, a jej na żebra konia. W moim odczuciu jest to zarzut nietrafiony. Nieraz zdarzyło mi się jeździć z szablą pod tybinką z koniem osiodłanym na samej derce i nigdy ani ja, ani Kalina nie mieliśmy z tego powodu żadnych nieprzyjemności. Drugim powodem mojego zwątpienia w takowy zarzut jest fakt, że kawaleria francuska również woziła szable pod kolanem nie posiadając przy tym żadnych skórzanych czapraków. Co ciekawe tyczy się to lat 1938-40. Oczywiście możnaby jeszcze przytoczyć husarię i wożenie koncerzy w ten sam sposób, ale myślę, że nie ma to większego sensu. Faktem bezspornym jest, że chęć rozmieszczenia juków na wzór rosyjski wymusza zastosowanie dodatkowych troków i przelotek. Być może rozwiązaniem byłoby szycie lżejszych czapraków z filcu i grubego płótna brezentowego, a jedynie wzmacnianie np. rantów skórzanymi lamówkami. Niestety taki czaprak na pewno nie dorównywałby w estetyce temu wykonanemu w całości ze skóry.
Michał Woysym-Antoniewicz
                W ten oto sposób, od połowy lat ’20 Wojsko Polskie stało się użytkownikiem sprzętu próbującego, w moim odczuciu niezbyt umiejętnie, połączyć różnie kierunki i pomysły na siodła wojskowe. Nikogo więc chyba nie dziwi, że od nowa rozpoczęła się dyskusja na temat modernizacji i zmian w wyposażeniu. Na łamach „Przeglądu Kawaleryjskiego” głos zabierali ludzie zarówno z doświadczeniem bojowym, sportowym (rtm. Kulesza, mjr. Antoniewicz) jak i młodzi oficerowie pełni zapału i pomysłów. Co ciekawe, polemika nasiliła się w połowie lat ’30, po około dziesięciu latach od wprowadzenia pierwszego polskiego wzoru rzędu, w trakcie, gdy rozpoczynały się prace nad nowym wyposażeniem dla kawalerii. Major Antoniewcz wprost uznał, że każde z używanych w armii siodeł nie spełnia podstawowych warunków jakimi są:
  • ·         wymuszenie na jeźdźcu prawidłowego dosiadu;
  • ·         wygoda dla konia;
  • ·         zapewnienie poręcznego troczenia środków walki i życia;
  • ·         niska waga, trwałość i taniość wykonania;


Trudno się z tym założeniami nie zgodzić, brytyjskie UP 1902, jak i gros siodeł było projektowane z myślą o użytkowaniu konia bardziej w standardach jazdy maneżowej niźli „odkrytej” dopiero przeddzień wybuchu I wojny światowej włoskiej szkoły „naturalnej”. Stąd też w zasadzie wszystkie siodła na których kawalerzyści ruszyli na fronty Wielkiej Wojny posiadały strome tybinki – przywodzące na myśl dzisiejsze siodła ujeżdżeniowe – wymuszające głęboki, ciężki dosiad. Tak więc gdy w Polsce równolegle zaczęto pracować nad siodłem, jak i szkołą jazdy, to na koniec okazało się, że jedno nie pasuje do drugiego. Co do pozostałych trzech argumentów, to myślę, że byłoby tyle zdań ilu wypowiadających się na omawiany temat. Dowodem na tę tezę może być chociażby rozłam na zwolenników ławek ruchomych i stałych.
Terlica siodła sowieckiego ze zbiorów
Oddziału II SG, 1938 r.
                Głównym problemem kawalerii jest i było to, że niezmiennym założeniem pozostawała konieczność  wożenia przez kawalerię przy sobie wszystkiego co niezbędne. Oczywiście problemem jest określenie owej „niezbędności”. Może to doprowadzić do niemal maniakalnej obsesji, że coś może się przydać raz na X przypadków, więc powinno się to wozić – chyba najlepszym przykładem jest tutaj dyskusja o tym, czy należy pozostawić lance. Stąd w artykułach głównie podnosi się argumenty o tym, że trzeba ów ekwipunek ulżyć, natomiast mało już konkretnych pomysłów jak to zrobić. Do podstawowych pomysłów należały:
1.       Usunięcie potnika i wykorzystanie zamiast niego końskiej derki, która dotychczas była przewożona na siodle;
2.       Usunięcie „koca ludzkiego” i pozostawienie samego płaszcza;
3.       Zaprojektowanie nowego ogłowia, które mogłoby wyeliminować potrzebę wożenia kantara stajennego z łańcuchem;
4.       Usunięcie zapasowych podków i podkowiaków z indywidualnego wyposażenia;
5.       Zmniejszenie racji owsa;
6.       Rezygnacja, bądź zmiana składu żołnierskiej racji żywnościowej „R”;
7.       Usunięcie siatek na siano oraz wiader polowych;
Sugestie nr 1, 2, 3, 4, 5 i częściowo 7 zostały spełnione przy okazji projektowania zarówno nowego siodła jak i przy wprowadzaniu instrukcji troczenia z 1936 r. – było to w myśl słów rtm. Kuleszy, który twierdził, że „siodło nie może być Arką Noego, do której zabiera się całe mienie i jeszcze coś niecoś na wszelki wypadek…”(Rtm. S. Kulesza „O rząd naszego polskiego konia i kawalerzysty” [w:] „Przegl. Kaw.” Nr 2 (112) 1935 r.”.)
                Według por. Witosława Kowalewskiego, autora artykułu „Jeszcze trochę o rzędzie końskim” („Przegl. Kaw.” 1936/1 (123) poz. 4) rewizja wożonego ekwipunku, oraz zaprojektowanie nowego siodła wg jego pomysłu powinno dać ulgę końskiemu grzbietowi w postaci około 17,5 kg – z czego ok. 8,76 kg lżejsze miałoby być nowe siodło (porucznik przyjął wagę 28,76 kg dla rzędu wz. 25) oraz około 9 kg oszczędności miałoby wynikać ze zmiany zestawienia wyposażenia. Dzięki temu masa rzędu wraz z pakunkiem miałby zejść z blisko 50 kg do zaledwie 31,5 kg.  Co ciekawe, zaledwie trzy lata wcześniej miały miejsce wspomniane już przeze mnie prace nad rzędami kawalerii ZSRR. W Związku Sowieckim kawaleria (za wyjątkiem pułków kozackich) używała zmodyfikowanych siodeł model 1888. Prowadzone przez nich badania były o tyle dla nas istotne, że polskie rzędy wzorowano na rozwiązaniach – jeszcze wtedy carskiej – Rosji. W toku badań uznano, że część materiałów może być przewożona w taborze szwadronowym – były to między innymi – kantar stajenny, worek z kaszą, dwie podkowy i… zapasowe buty (sic!). Między innymi w ten sposób zminimalizowano wagę rzędu z wyposażeniem (!) z 39 do około 31 kg. Przy tym należy podkreślić, że na wyposażeniu pozostawała troczona z przodu końska maska przeciwgazowa.
Elementy składowe rzędu wz. 25
W drugiej połowie lat ’30 nastąpiły trzy istotne zmiany – wprowadzono dwie instrukcje troczenia – najpierw w 1936 r., później tymczasową w 1938 r. (weszła w życie 1 kwietnia 1939 r.) oraz zaprojektowano nowy rząd kawaleryjski wz. 36. Przy opracowywaniu instrukcji troczenia trzeba było zmierzyć się z wieloma pomysłami i problemami – oprócz tych wcześniej wspomnianych dochodziła przede wszystkim kwestia równomiernego rozłożenia ciężaru na przednie i tylne nogi konia. Niektóre argumenty bywają ciekawe jak np. ten, że płaszcza nie powinno się wozić na tylnym łęku, gdyż nie będzie możliwości założenia go w trackie jazdy konnej. Szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie roztraczać płaszcz z przedniego pakunku w trakcie jazdy i zakładać na siebie – ewentualnie w sytuacji bardzo doraźnej, bo przecież nie założy się płaszcza na karabinek, a jeśli nawet jadąc stępem na chwilę się go zdejmie, to cały „szpej” zostanie pod płaszczem – niemniej, gratuluję argumentu.
W Centralnym Archiwum Wojskowym znajduje się m.in. referat w sprawie prac nad nowym rzędem dla szeregowych. Według niego, już w 1933 r. sporządzona została tabela porównawcza wagi siodeł różnych krajów europejskich.  Według  owego dokumentu jedynie rzędy francuskie i niemieckie przewyższały wagowo polskie (kolejno 28,2 kg i 27,8 kg), natomiast siodła brytyjskie, rosyjskie i włoskie były lżejsze od tego rodzimej produkcji (15,4 kg rząd brytyjski i około 20 kg sowiecki i włoski). Co ciekawsze sytuacja była nieco inna gdy brano pod uwagę masę samego siodła i tak, np. polskie siodło wz. 25 było o ponad kilogram lżejsze od włoskiego. Nasuwa to wniosek, że o ile samo siodło konstrukcyjnie nie było złe, tak problemem było obudowanie je zbyt wieloma warstwami – podkładkami, derkami, potnikami, oraz użycie zbyt ciężkich materiałów.
Problem był o tyle istotny, gdyż podstawową zasadą w kawalerii zarówno polskiej jak i wszystkich innych krajów było ustalenie, że maksymalne obciążenie grzbietu końskiego nie powinno przekraczać 120 kg. Tymczasem, masa przewożonego sprzętu i jeźdźca wynosiła łącznie 142 kg, co dawało przeciążenie wierzchowca o 22 kg. Taki stan rzeczy wymagał radykalnej zmiany, do której w pierwszym szeregu zaliczano:
·      Wprowadzenie nowego rzędu kawalerii o znacznie mniejszym ciężarze i uproszczonej konstrukcji, zapewniającego jednak łatwość dopasowania do konia i dogodny oraz prawidłowy dosiad jeźdźca;
·   Zmniejszenie ilości oraz zmianę sposobu przewożenia wyposażenia troczonego do rzędu, bez czego nie można było racjonalnie rozwiązać pierwszego problemu;
·      Zmniejszenie osobistego wyposażenia jeźdźca;
Sugerowanymi rozwiązaniami niektórych z tych problemów, z których część została uwzględniona w finalnej wersji nowego rzędu były: zastosowanie ruchomych ławek, samoczynnie dopasowujących się do konia; rezygnacja z potnika i czapraka, a pozostawienie samej derki pod siodło na wzór innych; zaprojektowanie nowego ogłowia mogącego służyć również jako kantar; zmiana kiełzna z munsztukowego na pelhamowe; uproszczenie budowy przytulic; zrezygnowanie z filcowych podtybinek; eliminacja koca żołnierskiego z wyposażenia; zmniejszenie przewożonej racji owsa; zmiana sposobu troczenia szabli – co spowodowane miało być dwoma czynnikiami – część szabel wzorów państw obcych posiadało wystające elementy pochwy, co powodowało dyskomfort podczas jazdy, po drugie – przy używanym systemie troczenia żołnierze skarżyli się na trudności z włożeniem szabli do pochwy;
Jednocześnie referent uznał, że prace nad rozwiązaniem tych kwestii uzależnione muszą być od decyzji Departamentu Kawalerii, dotyczących głównie ilości przewożonego sprzętu, sugerowanego jego rozmieszczenia etc.
        Pismem do Dowództwa Taborów i Remontu z dnia 6 maja 1935 r. Departament Kawalerii MSW informuje, że prace nad zmniejszeniem wagi przewożonego sprzętu toczą się na dwóch płaszczyznach – zmniejszenia wagi pakunku i wyposażenia, co jest w kwestii Dep. Kaw., oraz zmniejszenia wagi rzędu, co pozostaje w kwestii Kierownika Zaopatrzenia Taboru. Po przekalkulowaniu wagi poszczególnych części składowych, sytuacja klarowała się następująco:
·         Waga jeźdźca bez ubrania – 65-70 kg;
·         Waga wyposażenia jeźdźca - 22 kg;
·         Rząd koński z derką bez potnika – 25,75 kg;
·         Pakunek siodła z szablą – 13,5 kg;
·         Masa całkowita – 131,25 kg, u jeźdźców bez lancy 128,85 kg;
Dalej Dep. Kaw. uznaje, że dalsze próby korygowania wagi poprzez rewizję sprzętu nie dadzą większych efektów, maksymalnie udałoby się w ten sposób osiągnąć około 1 kg wagi, stąd też koniecznym by było opracowanie nowego rzędu, którego masa własna wynosiłaby około 18 kg. Przy takim rezultacie, masa ekwipunku przewożonego przez konie mogłaby nie przekraczać 120 kg, pod warunkiem, że waga samego jeźdźca oscylowałby w granicach 68 kg (sic!).
Jednocześnie departament sugerował pochylenie się nad następującymi sprawami:
·  ogłowia zastąpić takim, które miałoby możliwość funkcjonowania jako kantar;
· zaprojektowanie nowej terlicy z wykorzystaniem lżejszych materiałów do budowy łęków (np. duraluminium);
·   zaprojektowanie puślisk jednorzemieniowych na wzór sowiecki, których długość regulowałoby się sprzączką przy strzemieniu (podobnie jak w dzisiejszych puśliskach ujeżdżeniowych);
·  uproszczenie budowy podpierśnika;
· zmniejszenie wymiarów sakw – tutaj również padła sugestia, by przy ich projektowaniu uwzględnić możliwość zastąpienia chlebaka poprzez odpinanie jednej z sakw przy spieszeniu;
· zmniejszenie kształtu czapraka, jednakże tak, by nie kolidowało to z szybkością troczenia i siodłania, oraz zwężenie go, co miałby dać lepsze czucie konia w łydkach;
Jak wynika z zachowanej korespondencji oraz wymiany poglądów na łamach prasy wojskowej większość z wymienionych postulatów powtarzała się. Niektóre z nich prowadziły nawet do dygresji i uszczypliwości pomiędzy autorami. I tak, por. Witosław Kowalewski sugerując zmianę puślisk z podwójnych na pojedyncze powołuje się na to, że choć solidne i grube puślisko aktualnie stosowane jest bardzo wytrzymałe to przy dłuższej jeździe staje się niewygodne dla jeźdźca. W odpowiedzi na jego artykuł ppor. rez. inż. roln. Stanisław Szczawiński w tekście zatytułowanym „Moje trzy grosze… (do dyskusji o rzędzie końskim)” („Przegl. Kaw.” 1936/4 (126) poz. 4) pisze:
„Obawiam się puśliska pojedynczego. Na wadze nie zyskamy nic albo prawie nic, bo rzemień musiałby być bardzo gruby, oprócz tego, przecież conajmniej ¼ część długości puśliska, służąca do regulowania jego długości, i tak musi być podwójna, do tego dochodzi jeszcze zawinięcie podwójne dość głębokie, na ucho do góry. Puślisko takie musiałoby być wszyte „na amen” na zaczepie ławki, bo chyba zatrzasku do puśliska, używanego przy siodłach sportowych, porucznik Kowalewski nie poleca! Puślisko pojedyncze w skutek tego przecierałoby się bardzo szybko w miejscu zaczepienia, czego się unika w puślisku podwójnem, które zaczepiane jest w różnych miejscach, zależnie od długości nóg jeźdźca. Możliwe, że przez buty od Niedzińskiego lub Hiszpańskiego podwójne puśliska uwierają, lecz niema obawy, aby ułan, noszący buty „fasowane”, skarżył się na jakikolwiek ucisk!”
                Jak pokazała historia, niedługo po tych zaciętych dyskusjach na wyposażenie kawalerii weszło nowe siodło wierzchowe wraz z pełnym oporządzeniem i dedykowaną mu instrukcją troczenia i wyposażenia. Nowy rząd był wg spisu z instrukcji z 1938 r. nieco ponad 4kg lżejszy od poprzedniego modelu, w związku z czym masa całości z pakunkiem wynosiła 36,42 kg w stosunku do 40,82 kg przy wz. 25.
Ten kształt wyposażenia kawaleryjskiego dla wielu dzisiejszych jeźdźców jest tytułowym opus magnum. Faktycznie, patrząc na wykaz z instrukcji ciężko tam coś jeszcze wcisnąć, bądź zabrać… Do sakw już praktycznie nic więcej nie zmieści, o czym można się przekonać czytając mój artykuł o ich pakowaniu. W zasadzie ulżyć koniowi już można jedynie poprzez trzymanie się regulaminowej wagi kawalerzysty. Dla przykładu Kalina ważąca około 550 kg przy siodle wz. 36 w pełnym troczeniu może komfortowo unieść na grzbiecie ciężar około 74 kg! Nie będę pisał, o ile przekraczam tą normę, nawet gdy pominiemy wagę karabinka, amunicji itd… Zresztą polecam każdemu zastanowienie się nad tą kwestią – daleki jestem od ślepego zawierzania takim kalkulatorom, jednakże warto się nad tym pochylić. Nie bez przyczyny przed wojną podnoszono, że całkowita masa przewożonego na końskim grzbiecie ciężaru nie powinna przekraczać 120 kg. Na swoją obronę dodam, że przed wojną zarówno konie jak i ludzie byli niżsi – dzisiaj każdy jeździec dobiera konia pod swoje gabaryty – podejrzewam, że gdybym przy wzroście 185 cm wsiadł na typowego, przedwojennego konia W1 to czułbym się jak na psie.
Siodło ZSRR analizowane przez Oddział II SG
                Jednakże nie jest to koniec tej historii. Pod koniec 1938 w Oddziale II Sztabu Głównego zostaje sporządzony raport dotyczący siodła kawalerii sowieckiej, będącego – a jakże – modyfikacją carskiego siodła wz. 1888. Ciekawe, jaka historia za sprowadzeniem tego siodła do Polski się kryje – tego zapewne nie dowiemy się nigdy. Nie pozostawia on złudzeń, że produkt rosyjski jest zdecydowanie prostszy w konstrukcji od siodła polskiego – dla przykładu, do każdej z ławek terlicy badanego siodła jest przybite zaledwie 6 nitów służących do przytwierdzenia łęków, gdy w polskim siodle wz. 36 jest ich aż 20! Same łęki wykonane z rurek duraluminiowych o średnicy 23mm i grubości ścianki 2,5mm wagowo również wygrywają z polskim żelaznymi łękami. Sakwy były wymiarowo zbliżone do polskich – szer. 15,5 cm, dł. (wys.). 30 cm i głęb. 11 cm do 20x24,5x9,5 sakw wz. 36. Jednakowoż najsmutniejsze w całym raporcie, który opisuje siodło robione niedbale, z przetłuszczonej skóry jest to, że rząd radziecki był lżejszy od polskiego o ponad 6,5 kg. Oczywiście można się bronić zarzutem, że pewnie było mniej wytrzymałe od polskich siodeł. Jednak jak wykazuje historia tego modelu, sprawdzał się on bardzo dobrze, skoro był wykorzystywany w Armii Czerwonej jeszcze wiele lat po zakończeniu II Wojny Światowej.
Porównanie wag części składowych rzędu polskiego
i sowieckiego
Historia polskich konstrukcji siodeł wojskowych nie kończy się jednak na międzywojniu. Pod koniec 2012 roku Szwadron Kawalerii Wojska Polskiego otrzymał nowe siodła wzorowane na rzędzie oficerskim wz. 36. Całą historię opracowywania nowego sprzętu dla Szwadronu opisał bardzo dokładnie na swoim blogu główny pomysłodawca i koordynator projektu rtm. Robert Woronowicz. Osobiście w wielu kwestiach mam odmienne od Pana Rotmistrza podejście, ot chociażby zarzut, że siodła przedwojenne nie są odpowiednie dla pododdziału reprezentacyjnego, którego główną działalnością jest towarzyszenie Prezydentowi RP oraz okazjonalne wykonywanie pokazów musztry paradnej i władania bronią białą. Myślę, że rozdźwięk między nami zaczyna się już u podstaw tego, jak powinna wyglądać konna jednostka reprezentacyjna. Dla mnie osobiście najlepszym wzorcem jest Brytyjska Royal Horse Artillery, będąca raz – bardzo aktywną i widoczną w społeczności Albionu, dwa – używającą do dnia dzisiejszego sprawdzonych rzędów, pamiętających początek XX wieku (choć produkowanych współcześnie). Być może zabrzmi to ortodoksyjnie, jednakże przed wojną żołnierze służby zasadniczej, a także zdecydowana większość podoficerów zawodowych (a już na pewno liniowych) użytkowało wspomniane już siodła krajowej produkcji. Naturalnie, ich głównym zadaniem nie były uroczystości oficjalne i funkcje reprezentacyjne, niemniej takowe również należały do ich obowiązków. I musieli sobie jakoś radzić. Kilkugodzinna jazda stępem w każdym siodle stanie się prędzej czy później niekomfortowa z powodów czysto prozaicznych, takich jak zaburzenie krążenia krwi. Nawet najwygodniejszy fotel, jeżeli spędzamy na nim w jednej pozycji dłuższy czas wywoła dyskomfort. To też był jeden z powodów, dla których kawaleria często prowadziła konie w ręku w trakcie przemarszów – oprócz odciążenia koni i zachowania ciągłego ruchu dawało to żołnierzom możliwość „rozprostowania nóg”, pobudzenia zastałych partii ciała. Jak chodzi o wysiłek fizyczny czy pracę wykonywaną przez jeźdźca, to najbardziej absorbującym i zmuszającym doń chodem końskim jest kłus, będący równocześnie najbardziej odpowiednim do przemieszczania się biorąc pod uwagę stosunek zużywanych sił końskich do tempa marszu. Niestety, koń w pojedynczym „nawrocie” jest w stanie przejść kłusem 1,5 do 2 km (ok. 10 minut jazdy), po tym dystansie zacznie się bowiem „ścigać” (następować zadnimi kopytami na piętki przednich). Co zaś do zarzutu o tym, że siodła wz. 36 nie są odpowiednie do pokazów władania bronią białą ciężko mi się odnieść. Osobiście do treningów czy pokazów używałem różnych rodzajów siodeł – ujeżdżeniowego Prestige’a Top Dressage KK, siodeł skokowych, carskiego siodła wz. 1888 oraz polskiego wz. 36 – zarówno na samej derce jak i w pełnym troczeniu. Ze względów konstrukcyjnych najgorzej ćwiczyło mi się w siodle ujeżdżeniowym, co było spowodowane stromą tybinką i  dużymi poduszkami kolanowymi, które niemal zupełnie uniemożliwiały wykonanie mocniejszego, wymaganego przy władaniu szablą i lancą półsiadu. Co zaś się tyczyło pozostałych modeli nie odczuwałem nigdy znaczącej różnicy poza stroczonym siodłem wz. 36, co jednak wynikało nie z jego budowy a systemu troczenia – derka, czaprak, tybinka – to wszystko znacząco oddzielało łydki i uniemożliwiało ich prawidłowy „przyleg” do końskich boków, a przez to używanie prawidłowych pomocy oraz powodowało uczucie siedzenia „nad koniem” a nie „w koniu” – z resztą, takie argumenty były podnoszone już w dwudziestoleciu międzywojennym.
Fragment Warunków Technicznych carskiego siodła wz. 1888
Wracając jednak do wątku głównego, w grudniu 2012 roku SKWP otrzymało siodła wz.36/2012 będące – w dużym skrócie – siodłami oficerskimi wz. 36 wyprodukowanymi przy użyciu wszystkich dostępnych aktualnie materiałów i technologii rymarskich. Taki „miś na miarę naszych możliwości” chciałoby się rzec. Chyba największym paradoksem jest to, że oryginalne siodło oficerskie zostało pozbawione metalowych elementów, występujących w rzędzie oficerskim wz. 25, co miało na celu zunifikowanie wyglądu i utrudnienie w rozpoznaniu oficera, a przy siodle oficerskim 36/2012 zostały one przywrócone – oczywiście ze względów czysto reprezentacyjnych. Jednakże, nawet przy wykorzystaniu lekkich i wytrzymałych materiałów do budowy terlicy, oraz najlepszej gatunkowo skóry całość była i tak zaledwie 4,5kg lżejsza od siodeł wz. 36 czyli… o 2kg cięższa od przedwojennego siodła rosyjskiego…  
Wypatrując ideału... pozostaniemy przy
sprawdzonym sprzęcie
Czy nasi decydenci wykorzystali do końca możliwości? Biorąc pod uwagę, że niektóre z podnoszonych pomysłów, choć trafnych nie zostały zrealizowane (np. użycie lżejszych materiałów do budowy łęków) należałoby chyba dać opinię przeczącą. Biorąc pod uwagę ile jeszcze tajemnic skrywają polskie archiwa i jakich rewelacji można się tam jeszcze doszukać, zdecydowanie nie można wykluczyć, że w latach '40 zostałby wprowadzony nowy model rzędu wojskowego, nad którym prace mogły być prowadzone jeszcze przed wybuchem wojny. W sytuacji coraz szybciej następującej motoryzacji armii zarówno państw ościennych i coraz większej świadomości polskich wojskowych co do kierunku w jakim pójdzie wykorzystanie wojsk zmotoryzowanych wydaje się wizją zupełnie postrzeloną. Jest to przykre, lecz niestety chyba należy uznać, że rząd wz. 36, jeden z symboli naszej kawalerii, która jako rodzaj broni dała w czasie wojny pokaz wielkiego męstwa i poświęcenia jest w gruncie rzeczy czymś nieudanym. Czymś, pomimo czego (a nie dzięki czemu) nasi szwoleżerowie, ułani i strzelcy konni przez pond miesiąc prowadzili nierówną walkę.