Rok przeszło nic nie napisałem na
łamach tej skromnej witryny i to raczej nie z powodu braku tematów, a braku
czasu – działo się bowiem wiele, od rzeczy jeździeckich, szkoleniowych, na
rekonstrukcjach kończąc. Sam fakt zmiany barw na czarno-chabrowe i idące za tym
zmiany w postrzeganiu niektórych kwestii i ścieraniu się poglądów środowisk
kawaleryjskich (rekonstrukcyjnych i ochotniczych) dostarcza niezliczonej ilości
tematów. Jak już przy „drucikach” i Dniach Ułana jesteśmy, to nie sposób
pominąć milczeniem faktu, że taczanka, o której premierze statycznej
wspominałem w zeszłorocznym wpisie, w tym roku miała
pierwszy wyjazd konny w
miasto przy okazji niedzielnej defilady, a mnie przypadł przy tym zaszczyt
objęcia dowództwa nad oddziałem (na szczęście z bezpiecznej perspektywy siodła,
a nie kozła).
Rok temu, kiedy po raz pierwszy gościłem na Hipodromie Wola
(co nie znaczy, że w tym roku odważę się powiedzieć o sobie „stały bywalec”), wszystko było nowe i
przyjmowane z mniejszą krytyką. Dziś, mając możliwość porównania widzę, że niektóre sytuacje się powtarzają, albo co
gorsza ulegają nasileniu co powoduje, że zapala się człowiekowi lampka
ostrzegawcza.
 |
| Na rozprężalni przed ujeżdżeniem |
Konkurs
I – ujeżdżenie. Tak się cudownie stało, że w moim przypadku sędziowie pobili swój
niechlubny rekord – rozbieżność w ocenach przekroczyła 12 punktów procentowych
i tak, dla sędziego głównego w literze C mój przejazd był bardzo dobry, bo oceniony
aż na 67% (mimo pomyłki w trasie przejazdu), a dla sędziego w literze H
zaledwie mierny, bo ocenił go na procent 55. W tym przypadku uwagi, które
miałem w zeszłym roku stają się jeszcze bardziej aktualne – brak podawania
wyników jakie otrzymał każdy zawodnik u poszczególnych sędziów oraz
niepodawanie wyników na bieżąco (czyli po przejeździe kolejnego zawodnika
wyniki tego, który startował przed nim) zabijają do końca emocje tej
próby. Jak pisałem już rok temu, jawność
tych częściowych rezultatów daje możliwość zobaczenia, czy np. jeden sędzia
przyjął inne (surowsze) kryterium i ocenia każdego zawodnika o te kilka(naście)
punktów niżej niż dwóch pozostałych, czy jest to jednorazowy „wybryk” krzywdzący
jeźdźca i nadający się do oprotestowania. Na poparcie swojego wywodu dodam, że
na zawodach rozgrywanych w trakcie Warszawskich Dni Kawaleryjskich, czy
zawodach militari w Toporzysku wyniki ujeżdżenia przedstawiane są w taki sposób
– żeby nikt mi nie mógł zarzucić, że sugeruję się jedynie profesjonalnym
sportem. Rozmawiałem z organizatorem i w pełni rozumiem, że mają mało ludzi,
jednakże mnie samemu, pracując przy obsłudze zawodów ujeżdżeniowych jako
obsługa komputerowa, zdarzało się robić za tak zwane „liczydło” i spikera
równocześnie. Cóż, jak mówi życiowa prawda - kto stoi w miejscu ten się cofa.
Konkurs II – przegląd mundurowy.
Rok temu tę próbę skwitowałem w dwóch zdaniach, ale w tym roku będzie inaczej.
Powodem jest novum wprowadzone przez FKO, czyli pięciostronicowa checklista
przywodząca na myśl te wypełniane przez pilotów przed startem. O ile większość
punktów nie robi szczególnego wrażenia – są naturalne i oczywiste, a w
niektórych przypadkach rozłożenie ocen na mniejsze punkty – np. kontrola czystości konia – jest jak
najbardziej zasadna, to widać, że inne są przygotowywane z myślą o
ujednoliceniu umundurowania do standardów Federacji. Przykłady? Proszę bardzo:
 |
| Czekając na przegląd |
- jednolity odcień kurtki i spodni – o ile nie jest to niczym dziwnym przypadku
kawalerzystów-ochotników, tak względem osób ze środowisk rekonstrukcyjnych jest
to pewna niesprawiedliwość, bowiem w II RP kurtka i spodnie nigdy nie tworzyły
w magazynie kompletu, ergo – ułan brał co intendent dał. Odcienie kurtek i
bryczesów, kurtek od innych kurtek, czy bryczesów od bryczesów różniły się,
gdyż technologicznie przed wojną nie było możliwości zafarbowania dwóch partii
sukna na ten sam odcień, przez co różnice były na porządku dziennym. Podobnie
miała się kwestia u oficerów, którzy nie
z przymusu, a dla fasonu nosili bryczesy jaśniejsze od kurtki, bądź ciemniejsze
w zależności od panującej aktualnie mody.
- rękawiczki – znów rekonstrukcja… Szeregowi kawalerzyści nie posiadali
rękawiczek innych niż zimowe z dzianiny w barwie ochronnej, tymczasem komisja
oczekuje (jak wynika z karty), że zawodnik stawi się do przeglądu w
rękawiczkach. W tym roku, jako że odtwarzałem postać plutonowego podchorążego
Szwadronu Łączności Wielkopolskiej Brygady Kawalerii, stałem przed dylematem,
czy wyjechać w rękawiczkach, czy bez – ostatecznie zdecydowałem, że zabiorę
rękawiczki, żeby już nie utrudniać życia komisji. Poza tym, jako rezerwista
mogłem mieć przecież prywatne.
- kwestia płachty namiotowej – była sporna i poniekąd rozumiem, że komisja
musiała się na czymś opierać i wybrała słowo pisane w postaci „Instrukcji
noszenia, troczenia, etc, etc….” z 1938 r., która faktycznie była, ale jedynie
tymczasowa i jednostki konne nigdy płacht nie otrzymały – tym bardziej nie
troczono ich na defilady (podobnie jak manierek, siatek z sianem, czy wiader
polowych) – a według FAQ na stronie imprezy do przeglądu mundurowego jeździec
ma się stawić w mundurze garnizonowym, takim jak do uroczystych wystąpień
konnych. Tam zresztą jest też napisane o tym, że lanca nie jest obowiązkowa na
przegląd – domyślam się, że jest to stary tekst, przygotowany zanim jeszcze
Federacja zaczęła współorganizować zawody (czy raczej narzucać swoje zasady),
niemniej, przydałoby się to w takim razie zaktualizować. Oczywiście dyskusja
nad płachtą sprowadza się do postaci czysto akademickiej, bo twierdzeniem, że
„tego u nas nie było” bez podania dowodu, każdy zawodnik mógłby popierać swoje
braki w wyposażeniu.
 |
| Podoficerowie Szwadronu Łączności WBK |
- dystynkcje na rogatywce – o ile płachtę namiotową, czy punkty obcięte za
nałożone odznaki i stopnie (brak legitymacji) przeżyłem, tak ten punkt zwalił
mnie z nóg. Komisja uznała, że belki były… za małe. Faktycznie, nie
kwalifikowały się względem regulaminu umundurowania Federacji, który przewiduje
belki szerokości 3 cm. Przedwojenne nakazują szerokość belek 2,5 cm – co, jak
pokazują fotografie często nie było respektowane. Przegląd mundurowy jest bez wątpienia trudną
do oceniania „próbą”. Z jednej strony trzeba wypracować jakiś standard, z
drugiej na wszystkie moje uwagi otrzymywałem odpowiedź – „na następny raz
proszę w zgłoszeniu zawrzeć wszelkie informacje dotyczące sylwetki mundurowej –
komisja nie musi mieć wiedzy tak rozległej w tym czy innym temacie, a do czegoś
musi się odnieść.”. Poniekąd się z tym zgadzam. Ale tylko poniekąd, bo za Chiny
Ludowe nie przyszłoby mi do głowy wysyłać zdjęcia podoficerów Szwadronu
Łączności WBK na poparcie takich a nie innych rozmiarów belek na rogatywce. Zresztą – że tak pozwolę sobie popuścić wodze fantazji – ciekawe jak by komisja
przyjęła to, że osoba odtwarzająca 7 pu wyjedzie z naprzemiennie założonymi
sprzączkami w pakunku przednim (jedna skierowana w przód, druga w tył), gdyż w
ten sposób w ramach tej jednostki rozróżniały się pododdziały? Przecież to jest
wbrew regulaminowi! Ale są zdjęcia… Obawiam się, że w tej sytuacji zapewne
sędzia zacytowałby klasyka: „dla mnie miarodajny jest regulamin!” i byłby
klops.
 |
Ułan 7 pu z nieregulaminowo
założonymi trokami
(i bez płachty namiotowej) |
Żartem tylko dodam, że nie mogłem
odmówić sobie przyjemności zapytania komisji na odprawie technicznej: „a co jeśli osoba jedzie w barwach jednostki w
lance nieuzbrojonej?”, chociaż od początku byłem gotowy wyjechać na przegląd z
lancą (dobrze, że w Szwadronie Łączności była ta jedna lanca z wielgachnym
proporcem dowódcy szwadronu!) – wszak, w ramach edukacji historycznej przypomnę,
że przed wojną oficerowie daków (szwadronów łączności i pionierów
prawdopodobnie też) byli zwolnieni z próby walki lancą. Józef Otfinowski, w
latach 1932-37 oficer 7 Dywizjonu Artylerii Konnej Wielkopolskiej tak wspomina Zawody Centralne Armii w 1934 r. rozgrywane w
Hrubieszowie: „Trzeciego dnia (…) dwukrotny przebieg po torze próby władania
bronią białą. Artylerzyści konni szablą, kawalerzyści szablą i na tym samym
torze, lancą”. Co ciekawe - dalej, oprócz rodzajów pozorników autor podaje
dystans i normę czasu – 310 m w 45 sekund, co daje tempo niewiele ponad 410
m/min. Mam jednak świadomość, że o ile wtedy ten rozdział był jak najbardziej
logiczny, tak dzisiaj oddzielenie zawodników z jednostek bez lanc od kawalerii
mijałoby się z celem, gdyż na poznańskich DU z tej pierwszej kategorii było nas
dwóch – z czego każdy w innej klasie.
Zamykając ostatecznie temat
przeglądu mundurowego, wyciągając wnioski z własnych punktów karnych i sprzeciwiając
się propozycji rzuconej przez kogoś, żeby „wszyscy przyjęli regulamin FKO i nie
będzie problemu” powiem tak – jeśli chcesz inaczej, przygotuj grubaśną teczkę z
materiałami, wyślij ją Organizatorom, a potem…
potem patrz. I powiedz mi, proszę, jak było.
Po
przeglądzie była konkurencja III – strzelanie. I tutaj muszę Organizatorów
pochwalić (choć nie wiem, czy to zasługa mojej zeszłorocznej sugestii), ale
niebieskie kartki założone na pole punktowane świetnie się (przynajmniej w moim
przypadku) sprawdziły – 4 na 5 tarcz
było zaliczonych. To wszystko i tak nie zmienia faktu, że ta próba jest bardzo
losowa, no ale cóż, bardziej jeździeckiej odmiany chyba nie wymyślono…
 |
Przeszkoda nr 7 przed protestem. Bliższa kłoda początkowo
miała być dla L-klasy, w głębi widać przeszkodę
dla LL na dwóch żerdziach |
Dzień pierwszy zmagań na Woli
kończyła IV próba, czyli cross. Trasa próby terenowej chyba wzbudzała najwięcej
emocji ze wszystkich. Po protestach zawodników część przeszkód zmodernizowano –
m.in. przeszkody nr 3 (LL) i 4 (L),
ustawione początkowo na skraju skarpy cofnięto o kilka metrów, by koń jednak
miał trochę „płaskiego” za przeszkodą. I tak nie uchroniło to wielu zawodników
od problemów, a nawet eliminacji czy upadków. Drugą przeszkodą budzącą
kontrowersje była przeszkoda nr 7 (L). Z
tą przeszkodą natomiast jest trochę śmiechu, ale po kolei żeby się nie pogubić.
Przeszkoda w takim kształcie jak była ostatecznie skakana na zawodach (z niską
żerdzią pomiędzy dwoma kłodami) była taka sama jak rok temu dla klasy L (LL
miała obok na skarpie małą kłodę), natomiast w tym roku w początkowej wersji
(przed protestami) L-klasa miała skakać jedną z tych kłód (wys. ok. 90 cm), a
LL przeszkodę zbudowaną na zeszłorocznej L-klasowej (została podwyższona o
jeszcze jedną żerdź). Ostatecznie dla LL-ki pozostawiono przeszkodę w formie
takiej jak rok temu skakała L-klasa, a ta ostatnia miała wybór – skakać
mniejszą lub większą. Jak widać po zdjęciach znaleźli się tacy, którzy szli na
całość (szacunek Panowie !), ale pozwolę sobie przytoczyć regulamin (tym razem
powojenny) ”Przepisy Międzynarodowej Federacji Jeździeckiej w rozgrywaniu
Wszechstronnego Konkursu Konia Wierzchowego” – art. 547.4.3 Zeskok – „Zeskok po
stronie lądowania jest mierzony od najwyższego miejsca przeszkody, włączając w
to szczyt hyrdy lub żywopłotu, do miejsca, w którym przeciętny koń powinien
wylądować”. Teraz odsyłam Cię czytelniku do
zdjęcia abyś sam stwierdził,
czy wysokość przeszkody od miejsca gdzie ten koń wyląduje będzie poniżej 120 cm
(a taka jest maksymalna wysokość zeskoku dla L-klasy) – mnie się nie wydaje.
Summa summarum jak mantrę powtórzę za zeszłym rokiem cytat z regulaminu sportu
jeździeckiego w armii dotyczący pierwszych startów w sezonie : „pierwsze
zawody w sezonie powinny być lżejsze biorąc pod uwagę niższą kondycję i formę
koni po zimie”.
Kończąc kwestię crossu mała
analiza porównawcza – na „tapetę” biorę trzy duże ośrodki, gdzie w sezonie 2015
rozgrywane były zawody WKKW – Jaroszówkę, Strzegom i Racot. W ułamkach w
liczniku podana jest ilość zawodników którzy otrzymali eliminację na crossie
(nie wliczałem zawodników wycofanych), w mianowniku - ilość zawodników którzy w
próbie wystartowali.
Miejsce
|
Początek sezonu
|
Środek sezonu
|
Jaroszówka
|
Kwiecień LL 2/27, L 8/51
|
Czerwiec LL -, L 1/31
|
Strzegom
|
Marzec LL 1/19, L 2/26
|
Sierpień LL 5/21, L 1/23
|
Racot
|
Maj LL 8/28, L 8/48
|
Sierpień LL 2/14, L 5/28
|
Poznań – Dni Ułana
|
LL 4/10, L 5/13
|
Jak widać (pomijając już liczbę
koni w konkursach) stosunek kończących do startujących na zawodach WKKW jest
zdecydowanie wyższy niż na zawodach kawaleryjskich w Poznaniu. Dla porównania,
w zeszłym roku w klasie LL na 16 zawodników nie ukończyło crossu 3, a w
L-klasie na taką samą liczbę zawodników – 4.
 |
| Próba skoków odbyła się drugiego dnia rano |
Oczywiście są to tylko suche
liczby, które nie oddają ani poziomu trudności tras, ani wyszkolenia
zawodników, ale nieukończenie próby przez znaczną część jeźdźców (40% w klasie
LL, 38,5% w klasie L) w porównaniu do zawodów wyczynowych, a więc teoretycznie
trudniejszych, w których nie dojeżdża do
mety średnio 16% w LL i 11% w L nasuwa różne przemyślenia. A chyba nikt nie chciałby być oskarżany jak
Niemcy o bajorko w czasie IO w Berlinie w 1936 roku.
Gdy emocje dnia pierwszego opadły,
zaczęła się kolejna próba, piąta w kolejności – skoki. Próba w przeciwieństwie
do zeszłego roku rozgrywana była na hali, co mogło zaskoczyć, ale na tak dużej,
jasnej hali ze świetnym podłożem przyjemnością było skakać. Mam wrażenie, że
pomimo, iż w zeszłym roku skoki były przed crossem, to parkur był nieco niższy,
w przeciwieństwie do tegorocznego, gdzie konie miały już w nogach dwie duże
próby, aczkolwiek może to być jedynie moje subiektywne wrażenie, jako osoby
mało skaczącej w ostatnim czasie.
 |
| Galopem jak po drucie |
Na koniec pozostał, jak to zwykł
mawiać spikerujący zawodom Pan Michał Andrzejak „crème de la crème”,
czyli próby broni białej. Ze swoich własnych tegorocznych doświadczeń powiem
tak – chwała Bogu, że był mierzony czas stoperem, a nie tylko fotokomórką!
Wielkie było moje zdziwienie, gdy na wynikach próby lancy zobaczyłem swoją eliminację
i wzięty z kosmosu czas – 51 sekund. Idę, pytam - na fotokomórce faktycznie tyle jest, ale
sędzia czasowy, który mierzył czas stoperem ma zapisane 21 sekund. Nie wiem i
nie dowiem się zapewne już jak to się stało. Sędzina twierdziła, że kręciłem
kółka przed bramką – „bo ktoś tam jeździł tak w kółko, któryś z pierwszych
zawodników”. Ostatecznie komisja zaufała sędziemu czasowemu i to czas z pomiaru ręcznego trafił do wyników. Była
też dyskusja nad tym, czy zaliczyć, czy nie zaliczyć mi pozornika do zwalczenia
tylcem (ostatecznie po długich dyskusjach i analizie zapisu video uznano). Mój
przypadek, jak i ogólnie władanie lancą jest jednak tematem na kilka osobnych
artykułów, dlatego pozwolę sobie teraz to pominąć. Ustawienie pozorników nie
budziło większych zastrzeżeń – kłucie czynne w lewo-dół zaraz po biciu drzewcem
w lewo było bardzo trudną kombinacją (szybki przechwyt broni), co nie znaczy,
że niemożliwą do zrobienia, natomiast kłucia w prawo i lewo (w bok) były dość
szeroko rozstawione od osi toru, no ale przecież w bitwie wróg też się pod
lancę nie ustawiał jak po sznurku…
 |
| Łoza łozie nierówna |
W konkursie szabli uwag co do
kolejności ataków nie mam żadnych – wszystko pięknie, ładnie. Jednakże przed
konkursem pozwoliłem sobie pooglądać łozy – które zawsze są źródłem emocji.
Wiadomo – dwóch jednakowych nigdy nie będzie. W domu ćwiczyłem na (jak mi się
zdawało) grubych łozach – cięło mi się je jak masło – świeża leszczyna, klon
lub wierzba grubości 2-2,5 cm dawała „czuć się” w momencie trafienia, a przy
tym nie robiła przykrych niespodzianek typu „sprężynowanie” jakie przydarzyły
mi się w Poznaniu rok temu i które można zobaczyć
na filmie z tego roku, w
trakcie przejazdu Pawła Kubickiego (około 1:35) . Abstrahując od tego, czy łozy są lekko
zdrewniałe, czy nie – niech będą takie dla wszystkich. Jak wspomniałem, przed
konkursem poszedłem na oględziny, w trakcie których zrobiony został
zamieszczony obok obrazek. Szczęściarzem był ten, kto taką cieńszą łozę dostał
– pytanie, czy umiał to szczęście wykorzystać.
I tak historia w moim przypadku
zatoczyła koło – znów przypadło mi w zaszczycie pierwsze miejsce wśród
najbardziej przegranych, to znaczy tych, którym się nie udało ukończyć
przynajmniej jednej z prób. W moim przypadku znów był to cross – o ironio –
zakończony znów na czwartej przeszkodzie! Ale są też dobre strony –
zdecydowanie lepszy wynik w Memoriale, jak i ogólny z całych zawodów – 159,3
punktów karnych w porównaniu do zeszłorocznych 226,57 jest bardzo dużym
progresem! To co – czyżby do trzech razy sztuka?
 |
| Do zobaczenia za rok! |
Nie będę podsumowywał tej imprezy
– bo się nie da, musiałbym napisać drugie tyle. Zamiast tego podziękuję – ojcu,
że pojechał ze mną i twardo znosił trudy namiotowego życia, Przyjaciołom z grupy za to, że tak w zasadzie namówili mnie na te zawody i wspierali, często na
miejscu pomimo, że mogli ten czas spędzać inaczej, Organizatorom, że co roku im
się chce (i oby tak dalej!) no i oczywiście Tej, bez której bym tam nie
pojechał – Kalinie, za to, że dzielnie dawała radę, tak na miarę aktualnych
możliwości. And last but not least – najwierniejszej z fanek, która mocno
zaciskała kciuki w trakcie przedmaturalnych powtórek, a nawet znalazła czas, by
choć na chwilę zjawić się w Poznaniu, sprawiając mi tym największą przyjemność
– Jadwiniu, dziękuję!
Z Wami można wszystko.