Kalina

Kalina

środa, 9 sierpnia 2017

Komu w drogę temu... troczyć! Cz.I - Pakowanie sakw

Rząd wz. 36 wraz z całym przewożonym na nim oporządzeniem
Rząd wojskowy jest od zawsze wyróżnikiem kawalerii. Specjalnie projektowany, starający się możliwie ergonomicznie rozłożyć ciężar przenoszonego osprzętu i kawalerzysty na koniu, musiał być rozmyślnie ułożony, by wierzchowiec mógł służyć podczas długich kampanii.
Dziś wielotygodniowe przemarsze są rzadkością. Przeważnie rajdy, czy organizowane kilka razy do roku manewry kawaleryjskie trwają do tygodnia czasu i ciężko tak naprawdę uznać je za bojowy test koni, ludzi i sprzętu. Osobnym zagadnieniem jest ilu prawdziwych „ortodoksów” przyjeżdża na tego typu imprezy – mam tu na myśli osoby, które na czas manewrów zabierają ze sobą tyle ile faktycznie są w stanie pomieścić ich sakwy, chlebaki i kieszenie. Patrząc na pierwszy rzut oka jak częstym wciąż widokiem jest szary koc na przednim pakunku śmiem twierdzić, że niewielu. Tym bardziej ciekawiło mnie od dłuższego czasu jak to było z tym troczeniem, czy sakwy były wypychane pod samo wieko, czy coś dało radę jeszcze tam wcisnąć. W końcu dwa małe rysunki z wojskowej instrukcji nie odzwierciedlają w pełni jak przebiegało pakowanie sakw i ile (o ile w ogóle) trzeba się było napocić, aby cały dobytek do nich zmieścić.
Spójrzmy zatem jak to, co większość zna z obrazków wygląda w praktyce:
Zdjęcie pierwsze – rzut całości sprzętu – siodło z czaprakiem i derką na koźle, owsiak, szabla, płaszcz, sakwa lewa i pod nią jej pakunek, sakwa  prawa i pakunek.
Zaczniemy od spakowania sakw. Na początek sakwa prawa, w której było przewożone oporządzenie kawalerzysty, w skład którego wchodziło:
Ekwipunek przewożony w prawej sakwie
I. Zapas bielizny – koszula (1), kalesony (2), onuce bądź skarpety (3), szalik (4), chustka do nosa (5)
II. Racja żywnościowa „R” – suchary w woreczku 200g (6), sól w woreczku 30g (7), kawa konserwowa w woreczku 100g (8), konserwa wojskowa 300g (9)
III. Przybory toaletowe – ręcznik (10), mydło (11), maszynka do golenia i żyletki bądź brzytwa oraz pędzel (12), szczoteczka i proszek do mycia zębów (13)

Na sam spód powędrowała koszula wraz z kalesonami, złożone ciasno, w małe wałeczki i ułożone obok siebie. W szparę między nie wcisnąłem chustkę do nosa oraz szalik. I tutaj na chwilę chciałbym się zatrzymać, bowiem ten szalik wprowadził trochę zamieszania. Początkowo zbyt bezpośrednio wziąłem do siebie nazwę szalik i pakowałem do sakwy wełniany, zimowy szalik wojskowy. Co lepsze, bez problemu mieściło się wszystko w sakwie. Jednakże studiując w międzyczasie skład sakw oficerskich, gdy zobaczyłem, że oficer woził dwa szaliki w sakwie dostałem iluminacji – szalik to halsztuk! Pomimo, że z pakowaniem sprzętu nie miałem problemu, to zamiana szalika na halsztuk sprawiła, że wszystko mieściło się jeszcze lepiej. Na tak ułożoną warstwę, na płasko położyłem złożone w pół skarpety.

Coś słodkiego dla strudzonego marszem kawalerzysty
Następnie przyszedł czas na rację żywnościową „R”. Tutaj nie było dużo filozofii w układaniu, był natomiast w eksponatach. Początkowo użyłem do testów standardowej 300 gramowej puszki z mielonką, jednakże trapiło człowieka to, że na rysunku, jak i zdjęciach z epoki mają one inny kształt. Niemniej, współczesne konserwy mieszczą się do sakw i mogą wejść na wyposażenie rekonstruktorów (tutaj jak i cała Grupa serdecznie polecamy konserwy Armpolu – kaszanka – pychota!). Jednakże chcąc jak najbardziej zbliżyć się do oryginału trzeba było znaleźć coś innego. I tutaj z pomocą przyszedł kolega Paweł Janicki, polecając puszki z fasolą, kukurydzą i innymi produktami od „Śpiewającej Zielonej Kulki” – i to był strzał, jeśli nie w 10 to na pewno w 9,5. Obok puszki swoje miejsce znalazł woreczek z sucharami o wymiarach 10x10cm, a gdzieś pomiędzy nimi woreczki z solą i kawą konserwową.
Ostatnią warstwę stanowiły przybory toaletowe owinięte w ręcznik. Tutaj trzeba było jedynie dobrze ułożyć rzeczy w ręczniku, czyli tak by maszynka do golenia czy szczoteczka nie wypadały w poprzek sakwy, gdyż  zamknięcie jej wtedy byłoby znacznie utrudnione.
Na koniec pozostało troszkę luzu. Rotmistrz Ksyk z 9 Pułku Ułanów Małopolskich wspominał, że żołnierze wozili w sakwie dodatkowo furażerki i faktycznie, złożony w pół pieróg by się zmieścił. A pod niego można  włożyć jakąś słodką przekąskę!   
W sakwie lewej warstwy układały się następująco:
Wypełnienie sakwy lewej
I. Pasta do butów (1), przybory naprawkowe (2), olejarka i przybory do czyszczenia broni (3)
II. Menażka z chlebem (4), Szczotki do czyszczenia butów i munduru (5)
III. Szczotka i zgrzebło końskie (6), karmiak (7)

Zdecydowanie trudniejsza do spakowania sakwa, czego powodem jest mała „ściśliwość” i  elastyczność pakowanych przedmiotów. O ile bieliznę można złożyć na parę sposobów, tak pudełko z pastą do butów, czy menażka raczej nie współpracuje w kwestii zmiany kształtu.
Pierwszą warstwę stanowi pasta do butów, przybory do czyszczenia broni w woreczku i zestaw naprawkowy czyli tak zwana guzikówka. Od razu widać, że pomiędzy poszczególnymi rzeczami jest sporo luźnego miejsca – jest to znamienne w tej sakwie.
Optymalne wg. mnie ułożenie drugiej warstwy w lewej sakwie
Kolejna do środka wpada menażka z chlebem oraz szczotki do czyszczenia butów i munduru. Tutaj mój pakunek odbiega trochę od regulaminowego. Po pierwsze nie posiadam zgodnego z warunkami technicznymi woreczka na szczotki, składającego się z dwóch komór – jedną na szczotki do obuwia i drugiej – na szczotkę mundurową. Zamiast tego szczotki do butów przewożone są w woreczku, w celu uchronienia wnętrza sakwy i reszty przewożonych rzeczy od ubrudzenia pastą, a szczotka mundurowa wciśnięta w wolne miejsce, między woreczkiem a menażką.
Przy próbie pakowania regulaminowo pojawiał się problem przy ostatniej warstwie. Oczywiście czynników może być kilka – najbardziej dla mnie prawdopodobny, po wyeliminowaniu dzięki Łukaszowi Karmowskiemu niewymiarowych sakw jest obroczniak ze zbyt grubego materiału – niemniej, przy położeniu na menażkę szczotek, a na nie złożonego obroczniaka sakwa nie chciała się dopiąć, bez ryzyka uszkodzenia jej, a poza tym była mocno zdefasonowana z racji wolnego miejsca między menażką, a przednią ścianą sakwy. Aby upchnąć wszystko i poprawić ogólny wygląd pakunku postanowiłem robić to w następującej kolejności:
1. Spodnia warstwa bez zmian
2. Najpierw do sakwy wkładałem menażkę, z położonym na przedniej ścianie, złożonym obroczniakiem, tak by wypełnił on przestrzeń między menażką a ścianą sakwy
3. Szczotka i zgrzebło  

Tak zapakowana sakwa pomieściła cały regulaminowy sprzęt, a również nie deformowała się od pustych miejsc.
Szczotka wykonana przez masztalerza z SO Gniezno w zestawieniu
z oryginalnym zgrzebłem z kolekcji Pawła Janickiego
Przy okazji na koniec pochwalę się ciekawostką jaką jest używana przeze mnie szczotka. Egzemplarz ten został zakupiony przez mojego ojca na początku lat ’90 ubiegłego wieku w Państwowym Stadzie Ogierów w Gnieźnie. Rodzice jeździli tam na obozy studenckie organizowane przez Toruński SKJ. Szczotka została wykonana ręcznie przez jednego z masztalerzy, z włosów ogierów, które były w stadzie. Pomijając misterną robotę w doborze odpowiednich kolorów, tak, by układały się w owalne wzory, szczotka ma inny, olbrzymi atut – jest łudząco podobna do przedwojennych! W sumie nic w tym dziwnego, w państwowych stadninach i stadach po wojnie pracowało wielu przedwojennych kawalerzystów – jako koniuszowie czy masztalerze, a nawet
dyrektorzy i to dzięki nim i ich wiedzy przekazywanej kolejnym pokoleniom pracowników mogę dziś się cieszyć takim gadżetem.

Oryginalne zgrzebło i szczotki z kolekcji Muzeum Uzbrojenia
Wielkopolskiego Muzeum Narodowego w Poznaniu
fot. M. Rusinowski
Chciałbym jakoś zręcznie spiąć, niczym sakwy ten artykuł i ciężko coś powiedzieć. Na pewno w jukach buława marszałkowska się nie mieści, serca do nich chować nie próbuję, bo jak by się miało i z koniem i dziewczyną pomieścić? Chyba pozostaje wozić wina dzbanki i zbierać doń zegarki – a na pewno wiele wspomnień z rajdów, imprez i zawodów!

środa, 2 sierpnia 2017

Przeprawy cz. II - środki przewozowe

Jako, że lato dalej ciepłe, pozostajemy w tematyce pluszczących fal...
Koń prawdopodobnie poszedł tabunem,
ułan przenosi dobytek kładką 

Przeprawa tabunem.

Jest  to sposób przeprawy stosowany w przypadku, gdy żołnierze i  sprzęt mogli zostać przeprawieni przez rzekę za pomocą kładki lub innych środków przeprawowych. Przeprawę tabunami odbywano plutonami. Najpierw po przeciwległej stronie rzeki rozstawiano ułanów, którzy mieli za zadanie łapać wychodzące z wody konie. Wszystkie konie rozsiodływano i wprowadzano do wody okiełznane za czołowym koniem, na którym nago jechał kawalerzysta prowadzący tabun.

Przeprawa konie wpław przy środkach przewozowych.

Przeprawianie koni wzdłuż łodzi.
Strzałką oznaczony kierunek prądu
Jeżeli umożliwiała to ilość sprzętu przewozowego, można było wpław przeprowadzić same konie – jeźdźcy i rzędy płynęły łodzią, wzdłuż której, od górnej strony rzeki (tak by prąd nie spychał łodzi na konie) do wody wprowadzano konie w ilości od 2 do 4 – z przodu lepiej i chętniej wpływające, z tyłu zaś gorzej. Rzędy układano na dnie łodzi, jeźdźcy zaś siadali na burcie i trzymali konie jedną ręką za wodze, drugą zaś za grzywę. Wyjątkowo w razie braku czasu można było przeprawiać konie po obu stronach łodzi. W momencie gdy konie zaczynały kolejno łapać grunt pod nogami, trzymający je jeźdźcy wsiadali na nie z pokładu łódek i dojeżdżali do brzegu na oklep.  
Żołnierze wiosłujący musieli uważać by nie uderzyć koni wiosłami. W przypadku gdy koń był niespokojny i wyrywał się w trakcie płynięcia trzymający go jeździec musiał szybko przyciągnąć go do burty, przerzucić wodze przez szyję i puścić konia, by ten samodzielnie dostał się do brzegu. Przeprawę wzdłuż łodzi można było połączyć z przeprawą tabunem. W tym celu całość ludzi i sprzętu przewożono środkami pływającymi, wzdłuż których przeprawiano wpław dobrze pływającego konia, a pozostałe wpędzano do wody w ślad za nim. Taki sposób miał zaoszczędzić na czasie poprzez zwiększenie szybkości przeprawy.

Przeprowadzanie koni wzdłuż kładki.

Jeżeli istniała możliwość korzystania z kładek dla pieszych, to przy ich pomocy przeprawiało się przez rzekę sprzęt i ludzi, konie natomiast, rozsiodłane prowadzono wzdłuż kładki. Jeździec energicznie wchodził na mostek, wprowadzając równocześnie konia do wody. W trakcie przeprowadzania koni przez rzekę w ten sposób jeden z jeźdźców na kładce miał bat, którym odpędzał konie próbujące wejść na kładkę.

Filmik przedstawiający manewry WP - od 20 sekundy widać pionierów rozkładających łodzie brezentowe, na których w dalszej części została zbudowana kładka. Widać również przenoszących po niej rzędy kawalerzystów, a potem przeprawianie wzdłuż kładki wpław koni. Za pomoc w odnalezieniu filmu dziękuję Michałowi Rusinowskiemu.

Przeprawa promem, przełom lat 20 i 30

Przewożenie.

Na tym kończą się rodzaje pokonywania rzeki wpław. Kolejnym sposobem było przewożenie całości sprzętu i koni na środkach pływających. W miejscu wyznaczonym do przewozu nurt powinien być równy, a koryto rzeki na tyle głębokie, by można było dobić do samego brzegu.  
Przewożenie mogło odbywać się przy użyciu środków zarówno etatowych jak i improwizowanych. Pojedynczymi środkami można było przewozić ludzi, oporządzenie oraz ckm-y. Do przewozu koni i sprzętu kołowego (armaty, taczanki), łączyło się kilka łodzi przy pomocy przęseł mostowych, otrzymując w ten sposób człon przewozowy lub prom. Dodatkowo potrzebne było przygotowanie infrastruktury załadunkowej i wyładunkowej – pomostów lub przystani.

Przed przewożeniem kawalerii należało przygotować pomosty oraz promy wyścielając je słomą, trawą lub ziemią. Przy załadunku i w trakcie przewozu trzeba było zachować ciszę i spokój, aby nie stresować koni – dotyczyło to również zakazu strzelania przewożonym żołnierzom. Jeżeli jakiś koń był niespokojny zawiązywało mu się oczy i stawiano go pośrodku innych przewożonych koni, a na poręczach wieszano siano, trawę lub gałęzie z liśćmi, które miały uspokoić i zaabsorbować zestresowane zwierzę.
Instrukcje wyszczególniały dwa rodzaje środków przewozowych – etatowe i nieetatowe (improwizowane).
Łódź T.35
Pierwszym rodzajem środków przewozowych wykorzystywanym przez drużyny pionierów w pułkach kawalerii oraz szwadronach pionierów brygad kawalerii były łodzie brezentowe przewożone na samochodach i taczankach pionierskich, a doraźnie na koniach jucznych -  małe (T.35), średnie (T.60)  lub pontony.
Łodzie brezentowe małe służyły do przewozu patroli, gońców, dokonywania rozpoznawania rzek i tym podobnych zadań. Oprócz tego mogły służyć do budowania tratew i kładek dla pieszych i koni. Ich załogę stanowiły 2 osoby, czas składania wynosił od 5 do 10 minut, a pakowania 10 minut. Przewożone były w ilościach 10 szt. (samochody), 3 szt. (taczanki) lub 2 szt. (koń juczny). Zdolne były do pomieszczenia 3 ludzi z oporządzeniem bądź CKM z jednym członkiem obsługi. Wzdłuż burty można było wpław przeprowadzić dwa konie.  Tratwy i kładki wybudowane na łodziach tego typu miały wyporność – z dwóch łodzi – 500 kg, z trzech – 850 kg, jednakże ze względu na dużą wywrotność tratewek można było na nich przewozić jedynie sprzęty, które dało się stabilnie umocować na środku tratwy.
Łodzie T.60 służyły do przewozu ludzi i sprzętu na pojedynczych łodziach, budowy członów przewozowych oraz  jako podpory mostów o nośności do 3t. Obsługę łodzi stanowił jeden podoficer i 5 pionierów. Łódź mogła zostać rozłożona i spakowana w przeciągu 10-15 minut. Przewożone były na wozach taborowych (2 szt.) lub ciężarówkach (9 szt.). Do jednej łodzi prócz obsługi mogło wejść 18 osób lub 2 ckm z 12 ludźmi obsługi. W przypadku przeprawy pod ostrzałem ilość ta ulegała zmniejszeniu o połowę. Na łodziach T.60 budowano człony przewozowe o wyporności – 2,5t (na dwóch łodziach) i 4t (na 3 łodziach). Z tych łodzi można było budować mosty pontonowe, o szerokości użytecznej jezdni 2-3m i wyporności 3t., przy czym do budowy 30m.b. mostu potrzeba było 10 łodzi, a czas budowy takiego odcinka wynosił w zależności od warunków od 1 do 2 godzin.  
Łódź T.60
Pontony drewniane miały takie same przeznaczenie jak łodzie T.60. Posiadały wagę 200kg i wyporność 1750kg, pozwalającą przetransportować 10 ludzi. Przy ich wykorzystaniu można było zbudować most pontonowy o wyporności do 4t.

W przypadku środków improwizowanych, każdorazowo należało stwierdzić ich ładowność poprzez próbne obciążenie. Maksymalne obciążenie osiągano wtedy, gdy z wody wystawała 1/3 burty. Do obliczania wyporności brano następujące, przybliżone dane:
Transportowany przedmiot
Ciężar w kg
Powierzchnia w m.kw.
Żołnierz z oporządzeniem
100
0,5
Jeździec z koniem
600
3
Koń z siodłem
500
3
Koń juczny
550
3,5
Wóz taborowy bez koni i ładunku
400
6
Wóz tab.  z ładunkiem bez koni
850
6
Taczanka z ładunkiem bez koni
800
6
Działo 75mm
1900
8
Samochód osobowy z kierowcą
1000-2000
8-12
Samochód półciężarowy bez ładunku
1600-1800
10-12
Samochód ciężarowy bez ładunku
2800-4000
10-14
Samochód pancerny
2400-4300
10-14
Czołg TK
2300-
6-

czwartek, 27 lipca 2017

Przeprawy cz. I - w bród i wpław

Od zarania dziejów człowiek wykorzystuje naturalne uwarunkowania terenu do obrony – góry, gęste lasy czy bagna utrudniają przedarcie się przez nie sił nieprzyjaciela na bronione terytorium – choć nie raz zbyt duża wiara w tego typu przeszkody była opłakana w skutkach dla obrońców. Inną dogodną linią obrony są przeszkody wodne i to sposobom ich pokonywania przez kawalerię poświęcony jest ten tekst.
We wspomnieniach przedwojennych oficerów ćwiczenia w pokonywaniu przeszkód wodnych przewijają się często, co pozwala stwierdzić, że był to element wyszkolenia do którego przykładano dużą wagę. „Instrukcja Pionierów Kawalerii” dzieli przeprawy, zależne od sytuacji bojowej przeprawiającej się jednostki  na przekraczanie przeprawy z dala od nieprzyjaciela oraz forsowanie jej w obliczu nieprzyjaciela.

Żeby wprowadzić się lepiej w klimat plażowy, proponuję na początek obejrzeć ten krótki film z kanału Pathe1939:


Rodzaje przepraw.

Przeprawy w bród.
Były najprostszym sposobem przeprawy przez rzekę, wymagające użycia najmniejszej ilości środków technicznych, przez co zalecało się ich najczęstsze stosowanie. Wyszukiwanie odpowiedniego miejsca (brodu) ułatwiają mapy, zdjęcia lotnicze, czy też „chłopskie bezardy”, czyli informacje od ludności cywilnej.
Film przedstawia urywki z manewrów kawaleryjskich z różnego okresu II RP. Od 2:02 do 2:37 widać przejście rzeki w bród. Dobrze widoczne wbite w dno lance wyznaczające skrajnię brodu. (film z kanału Pathe1939)


Poszukiwanie brodu odbywały się na dwa sposoby – albo za pomocą żerdzi sprawdzano głębokość rzeki z łodzi, płynąc wzdłuż jej brzegu, a po odnalezieniu płycizny w poprzek lub w przypadku braku środków pływających, wysyłano jeźdźców nago, na oklep w linii harcowników – tu istotny był dobór dobrze pływających jeźdźców i koni, oraz wyznaczenie ratowników.
Odpowiedni bród miał następujące parametry – prędkość nurtu w granicach do 1 m/s, twarde dno oraz odpowiednią głębokość – dla kawalerii do 125 cm, piechoty i wozów taborowych do 100 cm, dla środków motorowych w zależności od pojazdu od 25 cm do 120 cm, dla artylerii do 60 cm, przy czym w przypadku przeprawiania artylerii przez głębszy bród można było wyprzęgnąć działa i przeciągnąć je za pomocą lin.
Ważne było również odpowiednie wytyczenie granic brodu. Stosowano do tego przede wszystkim żerdzie wbite w dno (ewentualnie lance) z przywiązanymi wiechciami ze słomy bądź wikliny lub połączonymi liną. Im bardziej kręty był bród, bądź jego granice były nieregularne, tym częściej (gęściej) ustawiano żerdzie).
W przypadku małych oddziałów, takich jak patrole i niewzmocnione podjazdy bród rozpoznawał osobiście dowódca oddziału poprzedzany przez przewodnika lub dwóch żołnierzy, dobrze pływających i na dobrze pływających koniach po czym wracał na przeciwny brzeg i przeprowadzał cały oddział.
W zależności od szerokości brodu przekraczało się po w kolumnie po jednemu, dwójkami bądź trójkami w grupach do wielkości plutonu. Odstępy między grupami powinny wynosić około 20-30m, jednak odległość ta mogła zostać zwiększona w przypadku bystrzejszego nurtu rzeki. A contrario, jeżeli nurt nie był bystry, a bród szeroki, można było go wziąć „z marszu” w kolumnie marszowej.
W przypadku brodu o słabym, miękkim dnie, które mogło zostać „rozjechane” w trakcie przeprawy, w wyniku czego bród ulegał pogłębieniu, oddziały przeprawiano (w miarę możliwości) w kolejności:
- oddziały piesze;
- tabory;
- artyleria, broń motorowa;
- and last but not least – kawaleria.

Por. Grzegorz Cydzik
Na koniec tematu brodów, dwa opisy ze wspomnień przedwojennych oficerów – jako pierwszy, opis przeprawy 13 Pułku Ułanów Wileńskich w trakcie manewrów Wileńskiej BK autorstwa Grzegorza Cydzika : 
„W pewnym momencie, w czasie forsowania rzeki Wilii, pułk nasz miał przejść konno głęboki bród. (…) Na brodzie woda sięgała prawie do sideł, a prąd wody był silny. Pionierzy ubezpieczali przeprawę. (…) Ponieważ moment sforsowania rzeki, a w dalszej kolejności wyjście naszego pułku na skrzydło i ewentualnie na tyły przeciwnika było decydującym momentem ćwiczeń, na brzegu rzeki zjawił się jak Napoleon nad Berezyną na siwym koniu sam dowódca Brygady (gen. Marian Przewłocki - przyp. aut.) – który dowodził naszą stroną – w otoczeniu kilku oficerów ze swego ścisłego sztabu oraz rozjemców wysokiego szczebla.
Akcja przechodzenia rzeki w bród przebiegała popisowo. Przeszła rzekę szpica, ruszyła dalsza część szwadronu straży przedniej i teraz musiały wejść do wody cztery taczanki z CKM zaprzężone w trójki koni. No i zaczyna się robić tzw. klops. Pierwsza taczanka, a raczej pierwsza trójka koni – młodych pięciolatków kapitalnej rasy oszmiańskiej – za żadne skarby nie chce wejść do wody. Konie te nigdy nie przechodziły w zaprzęgu przez rzekę, stąd ten silny opór przed nieznanym. A wszystko dzieje się na oczach generała i wysokich rangą oficerów rozjemców z obcych brygad i dywizji. Celowniczy i taśmowy zeskakują z taczanki do wody i zanurzeni w niej po pachy próbują taczankę pchnąć do przodu, woźnica bez litości okłada ogłupiałe konie batem, a zaprzęg jak nie chciał, tak nie chce wejść do wody. W międzyczasie szwadron straży przedniej kończy już przechodzenie brodu i na drugiej stronie rzeki może znaleźć się w obliczu nieprzyjaciela bez ciężkiej broni maszynowej. Widząc to wszystko zdeterminowany woźnica odbija się z kozła taczanki, jednym parometrowym susem wskakuje na środkowego konia zaprzęgu i smagając całą trójkę batem zmusił ją do wejścia do
Wytyczanie brodu
wody, a potem do ruszenia na drugą stronę rzeki.
Ujrzawszy ten kaskaderski wyczyn, generał donośnym głosem parokrotnie krzyknął wskazując wyciągniętą ręką w stronę taczanki: Woźnica – starszy ułan! Woźnica – starszy ułan!. Oznaczało to, że woźnica zostaje awansowany z tą chwilą do stopnia starszego ułana.”

Oraz drugi, autorstwa Edwarda Ksyka, ówczesnego porucznika 9 Pułku Ułanów Małopolskich, dowódcy  2-ego szwadronu, z lipca 1929r.:
„W gorący lipcowy dzień 1929 roku stawiły się szwadrony nad Dniestrem na pierwsze ćwiczenia w pływaniu. Rzeka poznaczona była przez szwadron pionierów brygady wiechciami na wysokich tykach. Wskazywały one, którędy prowadzi dość  głęboki bród.
Szwadrony kolejno przybywały nad brzegi wyciągawszy się w pojedynczy rząd, koń za koniem dwa kroki, wchodziły do wody. Przebycie brodu okazało się nie tak łatwe, jak się na pozór zdawało. Prąd Dniestru jest tak silny, że długi czas trzeba było iść w górę rzeki, powoli odsuwając się od brzegu. Gdy szwadrony znalazły się w środku rzeki, rząd momentalnie załamywał się, tworząc półkole, tak silnie woda spychała konie. Szum wody zagłuszał nawoływania, a w pierwszej chwili były ku temu powody. Niektóre konie, mimo przynaglania, zatrzymywały się, bijąc przednią nogą w wodę. Inne kładły się, aby się ochłodzić. Bezradny ułan, znalazłszy się niespodziewanie w wodzie, starał się poderwać konia wodzami, sam nie mogąc utrzymać się na nogach, wywracany przez prąd.”


Przeprawy wpław.



Kawalerzyści podczas przeprawy wpław w pełnym oporządzeniu
Jest to specyficzny rodzaj pokonywania rzeki, który stosować mogły jednostki kawalerii pozbawione środków kołowych (bez taczanek i wozów). W przypadku mieszanych oddziałów jak i wielkich jednostek kawalerii przeprawy wpław oddziałów konnych łączyło się z przeprawą innych rodzajów broni przez przewożenie ich środkami pływającymi.
Dobór odpowiedniego miejsca nie był sprawą prostą, gdyż miało ono spełniać szereg warunków:
- prąd równy, nierwący, szybkość nie większa niż 1m/sek., bez wirów, nurt bliżej brzegu własnego;
- brzegi powinny zapewniać wygodne wejście do wody i wyjście z niej;
- dno niegrząskie i łagodnie opadające od brzegu ku środkowi, aby koń nie tracił od razu gruntu pod nogami;
- koryto rzeki musi być wolne od kamieni, pali podwodnych itp.

Przy doborze miejsca należało pamiętać, że „lądowisko” na przeciwległym brzegu wypadnie niżej niż miejsce „wodowania”, gdyż nurt zawsze zniesie płynących w dół rzeki.
W zależności od możliwości wykorzystania dodatkowych środków przewozowych stosowało się różne sposoby przeprawy wpław:
a) bez pomocy środków przewozowych (w pełnym oporządzeniu)
b) z wykorzystaniem środków przewozowych: 
- przeprawę wpław bez oporządzenia,
- przeprawę koni wpław tabunem,
- przeprawę koni wpław obok środków przewozowych
- przeprawę koni wpław obok kładki.

W przypadku wariantu drugiego oporządzenie i ludzi przeprawiało się po kładce bądź innymi środkami przeprawowymi – łodziami, pontonami.
Sposoby płynięcia przy koniu
Przeprawę wpław w pełnym oporządzeniu stosowało się tylko w razie konieczności bojowej, gdy brak było czasu na zorganizowanie środków przeprawowych.
Opis prawidłowego pływania z końmi dostarcza „Regulamin Kawalerii – Wyszkolenie Kawalerzysty. Rozdział A – Nauka jazdy konnej pkt. 110”:
"Jeżeli się ma ruszyć wpław z koniem osiodłanym, należy odjąć munsztuk; wodze zwisające pod szyją okręcić 2-3 razy jedna około drugiej; przez jedną z nich przeciągnąć podgardle, które się zapina jak zwykle; przesunąć po puśliskach strzemiona do góry i o jedną dziurkę popuścić popręgi. Gdy jeździec wjedzie do wody i nada koniowi kierunek, zupełnie zwalnia wodze i ujmuje grzywę w pobliżu kłębu niedalej, jak na szerokość 2 dłoni od niego. Gdy koń straci grunt pod nogami, jeździec zsuwa się do wody od strony prądu i płynie obok konia. Nie powinien przy tym przy pomocy rąk robić wysiłków, aby się unosić jak najwyżej, przeciwnie zagłębia się w wodę po samą brodę, gdyż w ten sposób ułatwi koniowi utrzymanie się na powierzchni  (rys. 42). Przy prądzie z prawej strony jeździec trzyma się prawej strony konia ujmując lewą ręką grzywę, prawą zaś w razie potrzeby kieruje koniem za pomocą klepania go po policzkach z odpowiedniej strony. Przy prądzie z lewej strony jeździec postępuje odwrotnie. Wodzą należy kierować tylko w razie potrzeby i bardzo oględnie, gdyż nieostrożne pociągnięcie wodzy może spowodować zadarcie łba i przewrócenie się konia. Gdy koń osiągnie na przeciwległym brzegu grunt pod nogami, jeździec znów go dosiada. Można również stosować następujący sposób: jeździec zsuwa się w tył, na zad konia, i płynie trzymając się za tylną część siodła (ryc. 43). Przy przebywaniu wpław niewielkich przestrzeni, mniej więcej do 10 m, jeździec pozostaje na siodle."
Edward Ksyk jako porucznik i adiutant 9 PU

I znów pozwolę sobie przytoczyć wspomnienia z lipca 1929 r. kiedy to por. Ksyk, wraz z pozostałymi dowódcami szwadronów, by dać przykład żołnierzom przeprawił się wpław w oporządzeniu żołnierskim – z lancą i karabinkiem, choć pomysł ten, jak sam przyznał – nie bardzo mu się podobał:

„Pułk ustawił się w linii szwadronów (…). Po rozsiodłaniu i zdjęciu munsztuków, konie zostały na wędzidłach. Ułani rozebrali się do naga. Młodsi oficerowie w kąpielówkach, a dowódcy szwadronów w mundurach. (…) Przyszedłszy do szwadronu założyłem karabinek jak na komendę rzez plecy broń! Odzwyczaiłem się od tego. Cisnął mnie i karabinek na plecach i pas idący przez pierś. Zanim dosiadłem konia popuściłem popręgi, tak jak to w ostatniej chwili przeczytałem w regulaminie, aby koń miał swobodę ruchów. (…) Klacz moja Lira, która poprzedniego dnia spokojnie przechodziła przez bród, i teraz chętnie weszła w koryto Dniestru. Im dalej, tym woda sięgała mi wyżej. Nawet nie zorientowałem się, kiedy Lira zaczęła płynąć, tak robiła to równo i spokojnie. Zaniepokoiło mnie jakieś dziwne chwianie się siodła. Unosiło się ono lekko i opadało na koński grzbiet. Nie robiło to wrażenia na klaczy, która pracowała miarowo i sunęła do przeciwległego brzegu. Mocno trzymałem się za grzywę i starałem się zachować spokój, choć karabin krępował ruchy, a przeszkadzała trzymana w ręku lanca. (…) Lira znoszona przez prąd , zaczęła w pewnym momencie walczyć z nim, idąc już po twardym gruncie. Okazało się, że pływanie było dużo łatwiejsze niż sobie to wyobrażałem, patrząc na szwadron poprzedni. Zachwycony byłem Lirą, która wykazała wspaniałe zdolności pływackie. Wydostawszy się na brzeg, z butami pełnymi wody, zszedłem z konia. Klacz otrząsając się, opryskała mi całą twarz. (…) Zdziwienie i niedowierzanie wywołało moje powiedzenie, że nieprzyjemne było to unoszenie się siodła w wodzie. Nie mogliśmy się jakoś porozumieć. Dopiero po wyjęciu regulaminu okazało się, iż źle odnośy ustęp przeczytałem, robiąc to szybko i w ostatniej chwili. Zamiast popuścić jedną dziurkę popręgu, zrobiłem to zbyt gorliwie, popuszczając ich kilka, tak jak czyniliśmy to na komendę: Popuścić popręgi! Siodło nieumocowane balansowało na wodzie. (…) W następnych dniach pływaliśmy w ten sposób, że z chwilą spłynięcia konia, zsuwaliśmy się do wody od strony prądu i płynęliśmy obok trzymając się grzywy lub za koniem, chwyciwszy go za ogon (…)."  

środa, 4 maja 2016

Dni Ułana 2016 - historia kołem się toczy.

Rok przeszło nic nie napisałem na łamach tej skromnej witryny i to raczej nie z powodu braku tematów, a braku czasu – działo się bowiem wiele, od rzeczy jeździeckich, szkoleniowych, na rekonstrukcjach kończąc. Sam fakt zmiany barw na czarno-chabrowe i idące za tym zmiany w postrzeganiu niektórych kwestii i ścieraniu się poglądów środowisk kawaleryjskich (rekonstrukcyjnych i ochotniczych) dostarcza niezliczonej ilości tematów. Jak już przy „drucikach” i Dniach Ułana jesteśmy, to nie sposób pominąć milczeniem faktu, że taczanka, o której premierze statycznej wspominałem w zeszłorocznym wpisie, w tym roku miała pierwszy wyjazd konny w miasto przy okazji niedzielnej defilady, a mnie przypadł przy tym zaszczyt objęcia dowództwa nad oddziałem (na szczęście z bezpiecznej perspektywy siodła, a nie kozła).
                O tym, jaką imprezą są obchody święta 15 Pułku Ułanów Poznańskich oraz towarzyszące im zawody militari można przeczytać na stronie organizatorów, bądź w moim zeszłorocznym wpisie, do którego z resztą będę się dość często odwoływał.
                Rok temu, kiedy  po raz pierwszy gościłem na Hipodromie Wola (co nie znaczy, że w tym roku odważę się powiedzieć  o sobie „stały bywalec”), wszystko było nowe i przyjmowane z mniejszą krytyką. Dziś, mając możliwość porównania widzę, że  niektóre sytuacje się powtarzają, albo co gorsza ulegają nasileniu co powoduje, że zapala się człowiekowi lampka ostrzegawcza.
     
Na rozprężalni przed ujeżdżeniem
      Konkurs I – ujeżdżenie. Tak się cudownie stało, że w moim przypadku sędziowie pobili swój niechlubny rekord – rozbieżność w ocenach przekroczyła 12 punktów procentowych i tak, dla sędziego głównego w literze C mój przejazd był bardzo dobry, bo oceniony aż na 67% (mimo pomyłki w trasie przejazdu), a dla sędziego w literze H zaledwie mierny, bo ocenił go na procent 55. W tym przypadku uwagi, które miałem w zeszłym roku stają się jeszcze bardziej aktualne – brak podawania wyników jakie otrzymał każdy zawodnik u poszczególnych sędziów oraz niepodawanie wyników na bieżąco (czyli po przejeździe kolejnego zawodnika wyniki tego, który startował przed nim) zabijają do końca emocje tej próby.  Jak pisałem już rok temu, jawność tych częściowych rezultatów daje możliwość zobaczenia, czy np. jeden sędzia przyjął inne (surowsze) kryterium i ocenia każdego zawodnika o te kilka(naście) punktów niżej niż dwóch pozostałych, czy jest to jednorazowy „wybryk” krzywdzący jeźdźca i nadający się do oprotestowania. Na poparcie swojego wywodu dodam, że na zawodach rozgrywanych w trakcie Warszawskich Dni Kawaleryjskich, czy zawodach militari w Toporzysku wyniki ujeżdżenia przedstawiane są w taki sposób – żeby nikt mi nie mógł zarzucić, że sugeruję się jedynie profesjonalnym sportem. Rozmawiałem z organizatorem i w pełni rozumiem, że mają mało ludzi, jednakże mnie samemu, pracując przy obsłudze zawodów ujeżdżeniowych jako obsługa komputerowa, zdarzało się robić za tak zwane „liczydło” i spikera równocześnie. Cóż, jak mówi życiowa prawda - kto stoi w miejscu ten się cofa.
Konkurs II – przegląd mundurowy. Rok temu tę próbę skwitowałem w dwóch zdaniach, ale w tym roku będzie inaczej. Powodem jest novum wprowadzone przez FKO, czyli pięciostronicowa checklista przywodząca na myśl te wypełniane przez pilotów przed startem. O ile większość punktów nie robi szczególnego wrażenia – są naturalne i oczywiste, a w niektórych przypadkach rozłożenie ocen na mniejsze punkty  – np. kontrola czystości konia – jest jak najbardziej zasadna, to widać, że inne są przygotowywane z myślą o ujednoliceniu umundurowania do standardów Federacji. Przykłady? Proszę bardzo:
Czekając na przegląd
- jednolity odcień kurtki i spodni – o ile nie jest to niczym dziwnym przypadku kawalerzystów-ochotników, tak względem osób ze środowisk rekonstrukcyjnych jest to pewna niesprawiedliwość, bowiem w II RP kurtka i spodnie nigdy nie tworzyły w magazynie kompletu, ergo – ułan brał co intendent dał. Odcienie kurtek i bryczesów, kurtek od innych kurtek, czy bryczesów od bryczesów różniły się, gdyż technologicznie przed wojną nie było możliwości zafarbowania dwóch partii sukna na ten sam odcień, przez co różnice były na porządku dziennym. Podobnie miała się kwestia u oficerów,  którzy nie z przymusu, a dla fasonu nosili bryczesy jaśniejsze od kurtki, bądź ciemniejsze w zależności od panującej aktualnie mody.
- rękawiczki – znów rekonstrukcja… Szeregowi kawalerzyści nie posiadali rękawiczek innych niż zimowe z dzianiny w barwie ochronnej, tymczasem komisja oczekuje (jak wynika z karty), że zawodnik stawi się do przeglądu w rękawiczkach. W tym roku, jako że odtwarzałem postać plutonowego podchorążego Szwadronu Łączności Wielkopolskiej Brygady Kawalerii, stałem przed dylematem, czy wyjechać w rękawiczkach, czy bez – ostatecznie zdecydowałem, że zabiorę rękawiczki, żeby już nie utrudniać życia komisji. Poza tym, jako rezerwista mogłem mieć przecież prywatne.
- kwestia płachty namiotowej – była sporna i poniekąd rozumiem, że komisja musiała się na czymś opierać i wybrała słowo pisane w postaci „Instrukcji noszenia, troczenia, etc, etc….” z 1938 r., która faktycznie była, ale jedynie tymczasowa i jednostki konne nigdy płacht nie otrzymały – tym bardziej nie troczono ich na defilady (podobnie jak manierek, siatek z sianem, czy wiader polowych) – a według FAQ na stronie imprezy do przeglądu mundurowego jeździec ma się stawić w mundurze garnizonowym, takim jak do uroczystych wystąpień konnych. Tam zresztą jest też napisane o tym, że lanca nie jest obowiązkowa na przegląd – domyślam się, że jest to stary tekst, przygotowany zanim jeszcze Federacja zaczęła współorganizować zawody (czy raczej narzucać swoje zasady), niemniej, przydałoby się to w takim razie zaktualizować. Oczywiście dyskusja nad płachtą sprowadza się do postaci czysto akademickiej, bo twierdzeniem, że „tego u nas nie było” bez podania dowodu, każdy zawodnik mógłby popierać swoje braki w wyposażeniu. 
Podoficerowie Szwadronu Łączności WBK
- dystynkcje na rogatywce – o ile płachtę namiotową, czy punkty obcięte za nałożone odznaki i stopnie (brak legitymacji) przeżyłem, tak ten punkt zwalił mnie z nóg. Komisja uznała, że belki były… za małe. Faktycznie, nie kwalifikowały się względem regulaminu umundurowania Federacji, który przewiduje belki szerokości 3 cm. Przedwojenne nakazują szerokość belek 2,5 cm – co, jak pokazują fotografie często nie było respektowane. Przegląd mundurowy jest bez wątpienia trudną do oceniania „próbą”. Z jednej strony trzeba wypracować jakiś standard, z drugiej na wszystkie moje uwagi otrzymywałem odpowiedź – „na następny raz proszę w zgłoszeniu zawrzeć wszelkie informacje dotyczące sylwetki mundurowej – komisja nie musi mieć wiedzy tak rozległej w tym czy innym temacie, a do czegoś musi się odnieść.”. Poniekąd się z tym zgadzam. Ale tylko poniekąd, bo za Chiny Ludowe nie przyszłoby mi do głowy wysyłać zdjęcia podoficerów Szwadronu Łączności WBK na poparcie takich a nie innych rozmiarów belek na rogatywce. Zresztą – że tak pozwolę sobie popuścić wodze fantazji – ciekawe jak by komisja przyjęła to, że osoba odtwarzająca 7 pu wyjedzie z naprzemiennie założonymi sprzączkami w pakunku przednim (jedna skierowana w przód, druga w tył), gdyż w ten sposób w ramach tej jednostki rozróżniały się pododdziały? Przecież to jest wbrew regulaminowi! Ale są zdjęcia… Obawiam się, że w tej sytuacji zapewne sędzia zacytowałby klasyka: „dla mnie miarodajny jest regulamin!” i byłby klops. 
Ułan 7 pu z nieregulaminowo
założonymi trokami
(i bez płachty namiotowej)
 Żartem tylko dodam, że nie mogłem odmówić sobie przyjemności zapytania komisji na odprawie technicznej:  „a co jeśli osoba jedzie w barwach jednostki w lance nieuzbrojonej?”, chociaż od początku byłem gotowy wyjechać na przegląd z lancą (dobrze, że w Szwadronie Łączności była ta jedna lanca z wielgachnym proporcem dowódcy szwadronu!) – wszak, w ramach edukacji historycznej przypomnę, że przed wojną oficerowie daków (szwadronów łączności i pionierów prawdopodobnie też) byli zwolnieni z próby walki lancą. Józef Otfinowski, w latach 1932-37 oficer 7 Dywizjonu Artylerii Konnej Wielkopolskiej tak wspomina  Zawody Centralne Armii w 1934 r. rozgrywane w Hrubieszowie: „Trzeciego dnia (…) dwukrotny przebieg po torze próby władania bronią białą. Artylerzyści konni szablą, kawalerzyści szablą i na tym samym torze, lancą”. Co ciekawe - dalej, oprócz rodzajów pozorników autor podaje dystans i normę czasu – 310 m w 45 sekund, co daje tempo niewiele ponad 410 m/min. Mam jednak świadomość, że o ile wtedy ten rozdział był jak najbardziej logiczny, tak dzisiaj oddzielenie zawodników z jednostek bez lanc od kawalerii mijałoby się z celem, gdyż na poznańskich DU z tej pierwszej kategorii było nas dwóch – z czego każdy w innej klasie.

Zamykając ostatecznie temat przeglądu mundurowego, wyciągając wnioski z własnych punktów karnych i sprzeciwiając się propozycji rzuconej przez kogoś, żeby „wszyscy przyjęli regulamin FKO i nie będzie problemu” powiem tak – jeśli chcesz inaczej, przygotuj grubaśną teczkę z materiałami, wyślij ją Organizatorom, a potem…  potem patrz. I powiedz mi, proszę, jak było.
                Po przeglądzie była konkurencja III – strzelanie. I tutaj muszę Organizatorów pochwalić (choć nie wiem, czy to zasługa mojej zeszłorocznej sugestii), ale niebieskie kartki założone na pole punktowane świetnie się (przynajmniej w moim przypadku) sprawdziły –  4 na 5 tarcz było zaliczonych. To wszystko i tak nie zmienia faktu, że ta próba jest bardzo losowa, no ale cóż, bardziej jeździeckiej odmiany chyba nie wymyślono…
Przeszkoda nr 7 przed protestem. Bliższa kłoda początkowo
miała być dla L-klasy, w głębi widać przeszkodę
dla LL na dwóch żerdziach
Dzień pierwszy zmagań na Woli kończyła IV próba, czyli cross. Trasa próby terenowej chyba wzbudzała najwięcej emocji ze wszystkich. Po protestach zawodników część przeszkód zmodernizowano – m.in. przeszkody nr 3  (LL) i 4 (L), ustawione początkowo na skraju skarpy cofnięto o kilka metrów, by koń jednak miał trochę „płaskiego” za przeszkodą. I tak nie uchroniło to wielu zawodników od problemów, a nawet eliminacji czy upadków. Drugą przeszkodą budzącą kontrowersje była przeszkoda nr  7 (L). Z tą przeszkodą natomiast jest trochę śmiechu, ale po kolei żeby się nie pogubić. Przeszkoda w takim kształcie jak była ostatecznie skakana na zawodach (z niską żerdzią pomiędzy dwoma kłodami) była taka sama jak rok temu dla klasy L (LL miała obok na skarpie małą kłodę), natomiast w tym roku w początkowej wersji (przed protestami) L-klasa miała skakać jedną z tych kłód (wys. ok. 90 cm), a LL przeszkodę zbudowaną na zeszłorocznej L-klasowej (została podwyższona o jeszcze jedną żerdź). Ostatecznie dla LL-ki pozostawiono przeszkodę w formie takiej jak rok temu skakała L-klasa, a ta ostatnia miała wybór – skakać mniejszą lub większą. Jak widać po zdjęciach znaleźli się tacy, którzy szli na całość (szacunek Panowie !), ale pozwolę sobie przytoczyć regulamin (tym razem powojenny) ”Przepisy Międzynarodowej Federacji Jeździeckiej w rozgrywaniu Wszechstronnego Konkursu Konia Wierzchowego” – art. 547.4.3 Zeskok – „Zeskok po stronie lądowania jest mierzony od najwyższego miejsca przeszkody, włączając w to szczyt hyrdy lub żywopłotu, do miejsca, w którym przeciętny koń powinien wylądować”. Teraz odsyłam Cię czytelniku do zdjęcia abyś sam stwierdził, czy wysokość przeszkody od miejsca gdzie ten koń wyląduje będzie poniżej 120 cm (a taka jest maksymalna wysokość zeskoku dla L-klasy) – mnie się nie wydaje. Summa summarum jak mantrę powtórzę za zeszłym rokiem cytat z regulaminu sportu jeździeckiego w armii dotyczący pierwszych startów w sezonie : „pierwsze zawody w sezonie powinny być lżejsze biorąc pod uwagę niższą kondycję i formę koni po zimie”.

Kończąc kwestię crossu mała analiza porównawcza – na „tapetę” biorę trzy duże ośrodki, gdzie w sezonie 2015 rozgrywane były zawody WKKW – Jaroszówkę, Strzegom i Racot. W ułamkach w liczniku podana jest ilość zawodników którzy otrzymali eliminację na crossie (nie wliczałem zawodników wycofanych), w mianowniku - ilość zawodników którzy w próbie wystartowali.
Miejsce
Początek sezonu
Środek sezonu
Jaroszówka
Kwiecień LL 2/27, L 8/51
Czerwiec LL -, L 1/31
Strzegom
Marzec LL 1/19, L 2/26
Sierpień LL 5/21, L 1/23
Racot
Maj LL 8/28, L 8/48
Sierpień LL 2/14, L 5/28
Poznań – Dni Ułana
LL 4/10, L 5/13

Jak widać (pomijając już liczbę koni w konkursach) stosunek kończących do startujących na zawodach WKKW jest zdecydowanie wyższy niż na zawodach kawaleryjskich w Poznaniu. Dla porównania, w zeszłym roku w klasie LL na 16 zawodników nie ukończyło crossu 3, a w L-klasie na taką samą liczbę zawodników – 4.
Próba skoków odbyła się drugiego dnia rano 
Oczywiście są to tylko suche liczby, które nie oddają ani poziomu trudności tras, ani wyszkolenia zawodników, ale nieukończenie próby przez znaczną część jeźdźców (40% w klasie LL, 38,5% w klasie L) w porównaniu do zawodów wyczynowych, a więc teoretycznie trudniejszych, w których  nie dojeżdża do mety średnio 16% w LL i 11% w L nasuwa różne przemyślenia.  A chyba nikt nie chciałby być oskarżany jak Niemcy o bajorko w czasie IO w Berlinie w 1936 roku.
Gdy emocje dnia pierwszego opadły, zaczęła się kolejna próba, piąta w kolejności – skoki. Próba w przeciwieństwie do zeszłego roku rozgrywana była na hali, co mogło zaskoczyć, ale na tak dużej, jasnej hali ze świetnym podłożem przyjemnością było skakać. Mam wrażenie, że pomimo, iż w zeszłym roku skoki były przed crossem, to parkur był nieco niższy, w przeciwieństwie do tegorocznego, gdzie konie miały już w nogach dwie duże próby, aczkolwiek może to być jedynie moje subiektywne wrażenie, jako osoby mało skaczącej w ostatnim czasie.
Galopem jak po drucie
Na koniec pozostał, jak to zwykł mawiać spikerujący zawodom Pan Michał Andrzejak „crème de la crème”, czyli próby broni białej. Ze swoich własnych tegorocznych doświadczeń powiem tak – chwała Bogu, że był mierzony czas stoperem, a nie tylko fotokomórką! Wielkie było moje zdziwienie, gdy na wynikach próby lancy zobaczyłem swoją eliminację i wzięty z kosmosu czas – 51 sekund. Idę, pytam -  na fotokomórce faktycznie tyle jest, ale sędzia czasowy, który mierzył czas stoperem ma zapisane 21 sekund. Nie wiem i nie dowiem się zapewne już jak to się stało. Sędzina twierdziła, że kręciłem kółka przed bramką – „bo ktoś tam jeździł tak w kółko, któryś z pierwszych zawodników”. Ostatecznie komisja zaufała sędziemu czasowemu i to  czas z pomiaru ręcznego trafił do wyników. Była też dyskusja nad tym, czy zaliczyć, czy nie zaliczyć mi pozornika do zwalczenia tylcem (ostatecznie po długich dyskusjach i analizie zapisu video uznano). Mój przypadek, jak i ogólnie władanie lancą jest jednak tematem na kilka osobnych artykułów, dlatego pozwolę sobie teraz to pominąć. Ustawienie pozorników nie budziło większych zastrzeżeń – kłucie czynne w lewo-dół zaraz po biciu drzewcem w lewo było bardzo trudną kombinacją (szybki przechwyt broni), co nie znaczy, że niemożliwą do zrobienia, natomiast kłucia w prawo i lewo (w bok) były dość szeroko rozstawione od osi toru, no ale przecież w bitwie wróg też się pod lancę nie ustawiał jak po sznurku…
Łoza łozie nierówna
W konkursie szabli uwag co do kolejności ataków nie mam żadnych – wszystko pięknie, ładnie. Jednakże przed konkursem pozwoliłem sobie pooglądać łozy – które zawsze są źródłem emocji. Wiadomo – dwóch jednakowych nigdy nie będzie. W domu ćwiczyłem na (jak mi się zdawało) grubych łozach – cięło mi się je jak masło – świeża leszczyna, klon lub wierzba grubości 2-2,5 cm dawała „czuć się” w momencie trafienia, a przy tym nie robiła przykrych niespodzianek typu „sprężynowanie” jakie przydarzyły mi się w Poznaniu rok temu i które można zobaczyć na filmie z tego roku, w trakcie przejazdu Pawła Kubickiego (około 1:35) . Abstrahując od tego, czy łozy są lekko zdrewniałe, czy nie – niech będą takie dla wszystkich. Jak wspomniałem, przed konkursem poszedłem na oględziny, w trakcie których zrobiony został zamieszczony obok obrazek. Szczęściarzem był ten, kto taką cieńszą łozę dostał – pytanie, czy umiał to szczęście wykorzystać. 
I tak historia w moim przypadku zatoczyła koło – znów przypadło mi w zaszczycie pierwsze miejsce wśród najbardziej przegranych, to znaczy tych, którym się nie udało ukończyć przynajmniej jednej z prób. W moim przypadku znów był to cross – o ironio – zakończony znów na czwartej przeszkodzie! Ale są też dobre strony – zdecydowanie lepszy wynik w Memoriale, jak i ogólny z całych zawodów – 159,3 punktów karnych w porównaniu do zeszłorocznych 226,57 jest bardzo dużym progresem! To co – czyżby do trzech razy sztuka?
Do zobaczenia za rok!
Nie będę podsumowywał tej imprezy – bo się nie da, musiałbym napisać drugie tyle. Zamiast tego podziękuję – ojcu, że pojechał ze mną i twardo znosił trudy namiotowego życia, Przyjaciołom z grupy za to, że tak w zasadzie namówili mnie na te zawody i wspierali, często na miejscu pomimo, że mogli ten czas spędzać inaczej, Organizatorom, że co roku im się chce (i oby tak dalej!) no i oczywiście Tej, bez której bym tam nie pojechał – Kalinie, za to, że dzielnie dawała radę, tak na miarę aktualnych możliwości. And last but not least – najwierniejszej z fanek, która mocno zaciskała kciuki w trakcie przedmaturalnych powtórek, a nawet znalazła czas, by choć na chwilę zjawić się w Poznaniu, sprawiając mi tym największą przyjemność – Jadwiniu, dziękuję! 

Z Wami można wszystko.