Kalina

Kalina

piątek, 6 lutego 2015

Przedwojenny konkurs ujeżdżeniowy



Przeglądając jakiś czas temu wielką skarbnicę wiedzy, jaką jest Cyfrowa Biblioteka Wojskowa „Zbrojownia” natknąłem się na nieduży, zaledwie kilkunastostronicowy dokument „Instrukcja przeprowadzania konkursu ujeżdżenia dojezdków przydzielonych oficerom, podoficerom zawodowym i nadterminowym”. Żywo mnie ta lektura zaciekawiła, albowiem można z niej wyczytać, jakie wymogi były stawiane koniom w przeddzień włączenia ich z plutonu szkolnego w szeregi oddziałów liniowych. Oczywiście nieocenioną pomocą, głównie w interpretacji nazewnictwa niektórych ruchów jest „Regulamin ujeżdżania koni” z 1928 roku. Pozwolę sobie na analizę porównawczą tego programu ujeżdżeniowego z aktualnym programem finałowym Mistrzostw Polski Młodych Koni (MPMK) 5-cio letnich.


Pierwszą rzucającą się w oczy różnicą jest stosowane w konkursie kiełzno. W dzisiejszych zawodach zabronione jest używanie kiełzna munsztukowego dla koni poniżej 6 roku życia startujących w konkursach poniżej klasy C, natomiast w konkursie przedwojennym użycie takowego jest wymagane. Z jednej strony jest to całkowicie zrozumiałe – konie wierzchowe w kawalerii chodziły praktycznie wyłącznie na munsztukach więc naturalnym jest, że sprawdzian przygotowawczy do służby muszą odbyć na kiełźnie, które będzie używane na co dzień. Z drugiej strony użycie zdecydowanie ostrzejszego kiełzna jest dużym ułatwieniem –  widziałem wielu dzisiejszych kawalerzystów, którzy na podwójnym kiełźnie radzili sobie z końmi bez najmniejszych problemów, a gdy zostawało samo wędzidło nie potrafili zapanować nad tymi samymi końmi, które, zrobiwszy „lamę”, pokonywały czworobok podziwiając chmurki na niebie lub po prostu wywoziły delikwentów w siną dal. Od razu chcę zaznaczyć, że nie jestem ani kategorycznym przeciwnikiem, ani miłośnikiem munsztuków i pelhamów. Zdarzają się konie bardzo trudne i twarde w pysku, do których „nie dociera” subtelniejsze kiełzno, tak samo jak i konie bardzo wrażliwe, którym munsztuki, a już tym bardziej inne patenty są zupełnie niepotrzebne. Nie znaczy to od razu, że nie można tych koni na mocniejszym kiełźnie jeździć – pamiętajmy, że kiełzno działa z taką siłą, z jaką używa go jeździec; można więc zaszarpać konia na grubym oliwkowym wędzidle, a można też jeździć konia o delikatnym pysku na munsztuku z dziesięciocentymetrową czanką nie robiąc mu krzywdy. Wszystko to zależy jedynie od umiejętności jeźdźca.

Konkurs przedwojenny, tak jak i obecnie, przeprowadzany był na dużym czworoboku (20 x 60 m). Różnicą było ustawienie liter "narożnikowych" (M,H,F,K) w odległości 8 metrów od krókiej ściany czworoboku, a nie 6 jak ma to miejsce na dzisiejszych czworobokach - znaczy to, że przed wojną było łatwiej - jeźdźcy mieli więcej czasu na przygotowanie się do elementu wykonywanego w tych literach, jeśli następował on po wyjechaniu z krótkiej ściany. Ciekawostką jest oznaczenie białymi plamami wapna środkowych liter czworoboku (D,X,G) – dzisiaj jeźdźcy muszą sami lokalizować te miejsca odnosząc się do liter ustawionych po bokach. Chociaż jest to utrudnienie wymagające lepszej orientacji przestrzennej i koordynacji, z chęcią zobaczyłbym konie dzisiejszych „pingwinów” bojące się strasznych, pożerających z kopytami białych plam na ziemi. Prawdopodobnie zresztą obecnie, przy najczęściej spotykanych podłożach z piasku kwarcowego, te plamy raczej byłyby czarne.

Kolejnym elementem, myślę, że ważnym przede wszystkim ze względu na toczącą się głównie na forum International Light Cavalry Association dyskusję, czy próbę ujeżdżenia przeprowadzać z wodzami w jednej ręce czy oburącz jest konieczność jechania tego programu trzymając wodze przepisowo, czyli „w obie [dłonie]”. Oczywiście zwolennicy pierwszego rozwiązania jako główny argument podają, że chodzi o pokazanie sterowności konia we wszystkich chodach jednorącz, co jest sztuką trudniejszą, drudzy natomiast, że prowadzenia konia w jednej ręce używa się przede wszystkim w trakcie władania bronią.Warto jednak nadmienić, że według "Regulaminu kawalerji cz.1, Nauka jazdy konnej" z 1935 roku trzymanie wodzy "w obie" przy kiełźnie munsztukowym znaczyło trzymanie w nieużywanym już dziś (a przynajmniej nie powszechnie) systemem 3:1, choć regulamin z 1938 nakazuje już trzymanie "współczesne" - 2:2.

Na marginesie – pojawia się pytanie dotyczące budowy torów do prób broni białej: czy stawiać tory po prostej, gdzie konie mogą rozwinąć większe prędkości, ale faktycznie nie da się ocenić zwrotności i podporządkowania konia prowadzonego jednorącz, czy ustawiać tory kręte, gdzie umiejętność prowadzenia konia w jednej ręce ma większe znaczenie, choć jest to kosztem prędkości, a również widowiskowości próby.

Wracam jednak do próby ujeżdżeniowej. Poziom trudności w konkursie MPMK 5-cio letnich jest na poziomie klasy N, poziom programu z instrukcji jest bardzo zbliżony.

Prezentowane są w nim następujące chody i ruchy (definicje danych ruchów i przełożenie nazewnictwa na współczesne oparłem – jak wspomniałem – na „Instrukcji ujeżdżania koni” oraz „Regulaminie kawalerii cz.I”) :

*Stęp:

- marszowy – dziś: stęp pośredni – naturalny stęp konia, koń kroczy energicznie i spokojnie;

- skrócony – dziś: zebrany – z zaznaczonym uniesieniem głowy i szyi, koń posuwa się wyraźnie naprzód. Zaokrąglona szyja i widoczne podstawienie zadu, wyraźna praca stawów skokowych;

- zwrot na przodzie – ruch dzisiaj nie wykonywany w ujeżdżeniu, polega na okręceniu się konia o 180 stopni, gdzie oś obrotu (wg. „Regulaminu kawalerii”) znajdować się powinna pomiędzy przednimi nogami konia. Element ten wykonuje się tylko ze stój, nigdy z marszu. Jego wadą jest przenoszenie przez konia środka ciężkości na przód sprzeczne z podstawowym dążeniem ujeżdżenia do jego jak największego odciążenia;

- zwrot zwykły – wbrew pozorom nie jest to zwrot na zadzie. Polega on na równoczesnym przesunięciu konia do przodu i w bok i „zarzuceniu” zadu na zewnątrz (rys. 19). Przy komendzie „W prawo (lewo) w tył zwrot” wykonywało się zwrot dwukrotnie (rys.20). 

*Kłus:

- kłus (bez dodatkowego określenia) – idąc za definicją z „Regulaminu kawalerii roz. A – Wyszkolenie jeźdźca” – dzisiejszy kłus roboczy;

- kłus dodany – 225m/min – dziś: kłus pośredni;

- Wolty o promieniu 4 ½ kroków, czyli o średnicy wynoszącej około 10 m.

*Galop

- skrócony – dziś: zebrany – co o galopie skróconym vel zebranym mówi "Regulamin Kawalerii cz. I": "Przepisowa szybkość galopu skróconego wynosi 1 km w 4 minuty 26 sekund (225 metrów na minutę)"

- dodanie w galopie – 300 m/min – co ciekawe „Instrukcja…” mówi o unikaniu galopu w tempie mniejszym niż 300 metrów na minutę, przez co nakazanie dodania do tego tempa wydaje się jeszcze bardziej potwierdzać domniemanie, że galop skrócony oznacza w tym przypadku galop zebrany, a jeszcze bardziej potwierdza to cytat z „regulaminu wyszkolenia…”: „Przepisowa szybkość galopu wynosi l km w 3 minuty 20 sekund (300 m na minutę).” Tak więc w tym programie przejścia w galopie są z galopu zebranego do roboczego (!);

- przejścia galop-stęp;

- zwykła zmiana nogi przez stój, polegająca na zatrzymaniu konia i zagalopowaniu na drugą nogę. Dziś zwykłą zmianą nogi nazywa się zmianę przez stęp (galop z jednej nogi, przejście do stępa, 1-3 kroki stępem, zagalopowanie na drugą nogę);

- wolty o promieniu 4 ½ kroków (10 m) – nieobecne w programie MPMK 5-letnich, ale spotykane w programach na poziomie klasy N (N-6, N-8, N-9);

- wjazd galopem na linię środkową, zatrzymanie.

Za wyjątkiem archaicznych z perspektywy dzisiejszego szkolenia koni zwrotów na przedzie oraz „dodań” z galopu zebranego do roboczego nie ma w tym programie nic odkrywczego – oczywiście pod względem pracy ujeżdżeniowej. Przez chwilę zastanawiało mnie nawet nie to, ile dzisiejszych koni przejechałoby taki program, ale ilu z tych kawalerzystów, którzy mówią, że „kręcenie kółek” i wyjeżdżanie narożników na czworoboku jest „fe” i nie ma nic wspólnego z kawalerią taki czworobok by ujechało, ale stwierdziłem, że takie rozmyślanie nie ma zbyt dużego sensu – wszak oni i tak się nie zhańbią wyjazdem, dosłownie „w szranki”. A może… nie zhańbią szranek swoją obecnością?

"Kręcenie kółek" - wolty i półwolty
Podsumowując – przedwojenny poziom wyszkolenia młodych koni był jak widać dość wysoki, przyrównując do dzisiejszych warunków i standardów (poziom klasy N), podczas gdy obecnie na zawodach kawaleryjskich wszelakich szczebli rzadko kiedy próba ujeżdżenia jest powyżej klasy L. Oczywiście jestem realistą, wiem, że nie można wymagać w grupie w której owszem koń jest (przynajmniej przeważnie – na szczęście!) ważnym elementem i coraz więcej uwagi jest poświęcane wyszkoleniu jeździeckiemu, żeby nagle wszyscy docenili wagę ujeżdżenia. Tym bardziej, że to szkolenie jeździeckie często-gęsto robione jest od dupy strony, bo od musztry konnej, a nie indywidualnych umiejętności – ale może jak niektórzy będą trykać głową w mur, to w końcu coś się w tej materii zmieni, choć szczerze mówiąc, nawet się tego nie spodziewam. Nie jest to też do końca wina środowiska kawaleryjskiego – spora część polskiego światka skokowego, w tym niestety również profesjonalnego traktuje ujeżdżenie po macoszemu, trudno więc oczekiwać, że mniej profesjonalni jeźdźcy będą się przykładać bardziej (wszak ryba psuje się od głowy).



No ale może za jakiś czas…



By nie przeciągać zapraszam do zapoznania się z programem tutaj:


Miłej lektury, wysnuwania wniosków i treningów na czworoboku!

niedziela, 1 lutego 2015

Dosiad "histeryczny" cz.1



Jeździec grecki

Co jakiś czas budzi się na nowo dysputa o dosiadzie historycznym. Rozmowy te przeważnie mają charakter czysto akademicki, aż do pewnej przesady – dyskutanci rzadko kiedy prezentują sami na koniu jakikolwiek dosiad, są więc do granic teoretykami. By zrozumieć, że zasadniczo nie istnieje dosiad historyczny, który możemy pojąć jako będący już historią, czyli dziś nieużywany, archaiczny trzeba od początku prześledzić historię jeździectwa. Przed wynalezieniem strzemion jeżdżono na oklep. Każdy kto miał w swym życiu przyjemność spróbowania tego sposobu jazdy przyzna, że początkowo jest to pewna trudność. Nie ma możliwość oparcia nóg, niektórzy instynktownie „łapią się” kolanami, co jest błędem. Cała sztuka zachowania równowagi na oklep – a również w siodle polega na maksymalnym rozluźnieniu ciała. Puszczenie nóg w dół, wzdłuż boków konia powoduje maksymalne obniżenie środka ciężkości a dzięki temu zwiększenie stabilności dosiadu. Plecy, barki powinny być wyprostowane, lecz nie powinno się usztywniać kręgosłupa w żadnej jego partii. Przez całe wieki, kiedy konie wykorzystywano przede wszystkim do przemieszczania się na znaczne odległości dążono do postawy człowieka-centaura – maksymalnie skoordynowanego i zrośniętego ze swym wierzchowcem.  Ten właśnie efekt przedstawia rysunek grecki – jeździec siedzi na koniu wyprostowany, z wzniesioną brodą, nogi są opuszczone luźno wzdłuż boków konia, dla maksymalnego obniżenia środka ciężkości dane są również palce w dół – dziś taką postawę stosuje się już tylko w woltyżerce.

Konnica spod Hastings
Wynalazkiem, który totalnie zrewolucjonizował jeździectwo, a przede wszystkim bojowe wykorzystanie konia było strzemię. Możliwość wykorzystania dodatkowego punktu podparcia, wykluczając przy tym podpieranie się ręką dawał nowe możliwości walki konnej. Nie znaczy to jednak, że kolana jeźdźców od razu znalazły się pod brodą. Taki dosiad, z wykorzystaniem strzemion reprezentowany jest na płótnie z  Bayeux przedstawiającym bitwę pod Hastings (1066)

Z czasem strzemiona skrócono tak, by były na wysokości umożliwiającej ich dosięgnięcie bez obniżania palców – wyobraźmy sobie bowiem sytuację, gdy w czasie walki brany jest zamach i ulatuje nam punkt poparcia, chociażby przez to, że w ferworze walki noga wysunęła się z przydługiego strzemienia. Taka nagła i niespodziewana utrata równowagi, jeśli nie zakończyła się upadkiem, to mogła z pewnością zakończyć się chwilowym rozproszeniem decydującym o życiu czy śmierci. Jednakże pozostano cały czas wiernym podstawowemu założeniu, że środek ciężkości jeźdźca powinien być jak najniżej. Choć sam dosiad nie ewoluował w stopniu znaczącym, zmieniał się sposób walki oddziałów konnych. Poczęto bowiem używać długiej broni drzewcowej, początkowo były to wszelkiego rodzaju dzidy i włócznie, które przerodziły się w rycerską kopię. Ten nowy rodzaj oręża spowodował kolejną zmianę, choć niewielką, to wykorzystywaną już po wsze czasy w walce przy użyciu broni drzewcowej – pochylenie tułowia. Nachylenie się jeźdźca przy ataku, znanym współczesnym kawalerzystom jako „pchnięcie bierne”, ma za zadanie niedopuszczenie do wysadzenia jeźdźca z siodła przez impet spowodowany trafieniem w cel.

Jeźdźcy polscy z Rulonu Polskiego
Od tego czasu dosiad używany przez konnicę pozostał praktycznie niezmieniony. Tak samo siedzą polscy husarze przedstawieni na Rulonie Polskim, zwanym Rolką Sztokholmską (I połowa XVII wieku), jak również ułani szarżujący w Poznaniu w trakcie powstania 1831 (obraz malarza mi nie znanego), czy Napoleon Bonaparte pędzla Josepha Chaborda. Na wszystkich obrazach jeźdźcy siedzą w pełnym siadzie, mają bardzo długie strzemiona. Za wyjątek można uznać Napoleona, którego noga jest cofnięta w stosunku do sylwetek pozostałych jeźdźców, jednakże jego dosiad i postawę można uznać za przedstawienie klasycznego dosiadu ujeżdżeniowego – cofnięcie nogi miało za zadanie precyzyjniejsze przekazywanie impulsów za pomocą łydki – tak samo dzisiaj siedzą wszyscy ujeżdżeniowcy, a już bez wątpienia wszyscy jeźdźcy Hiszpańskiej Szkoły Jazdy w Wiedniu, która funkcjonuje 450 lat, co tylko potwierdza ciągłość klasycznego dosiadu. Różnice w sylwetce Napoleona i jeźdźców polskich są bardzo łatwe do wytłumaczenia. W Polsce XVI i XVII wieku nie było tradycji jazdy maneżowej, zasadniczo jeżdżono zawsze jednym dosiadem, z zapartymi w strzemionach nogami (dosiad kopijniczy), bądź w dosiadzie wschodnim (o którym szerzej za moment). Natomiast niewykluczone, a wręcz wielce prawdopodobne jest to, że polscy lansjerzy w warunkach pokojowych (w czasie przemarszów) siedzieli na koniach tak samo jak francuski cesarz.

Napoleon Bonaparte
Szarża ułanów pod Poznaniem w 1831
Teraz kilka słów o dosiadzie wschodnim. W Azji rozwój jeździectwa poszedł w innym kierunku. Spowodowane to było przede wszystkim końmi jakie tamtejsza ludność miała w posiadaniu. Niewielkie konie mongolskie, które jak to się dzisiaj określa „drobią” w kłusie, czyli stawiają kroki bardzo szybko były dla jeźdźców niewygodne. Spowodowało to, że tamtejsza ludność skróciła strzemiona do tego stopnia, że umożliwiało to im wstawanie z siodła i jazdę w pozycji wyprostowanej. Taki styl jazdy znany jest nam jako dosiad arabski. W dzisiejszej nauce jazdy konnej wykorzystuje się go do prawidłowego umiejscowienia łydki. Z racji tego, że nie jest to postawa zapewniająca zbyt duży komfort dla jeźdźca i konia ludy azjatyckie do dziś uważają kłus za najmniej przydatny chód koński. Ten styl jazdy był znany polskim jeźdźcom, którzy mieli styczność m.in. z tatarami.

Lisowczyk
I tak właśnie powstała jedna z wersji kolejnego odkrycia na polu jazdy konnej jakim była rzecz dziś tak dla jeźdźców oczywista jak anglezowanie. Według tej teorii jako pierwsi na pomysł wstawania co drugi takt w kłusie wpadli lisowczycy – żołnierze z legendarnego polskiego oddziału lekkiej jazdy utworzonego w 1614 roku przez Aleksandra Lisowskiego. Teorię tą może potwierdzać najbardziej znany obraz przedstawiający jeźdźca polskiego namalowany przez Rembrandta około 1655 roku (zamieszczony obraz to Kossakowska kopia). Jest to dowód o tyle ważny, że malarz żył w czasie, gdy oddziały, co prawda już nie samego Lisowskiego ale tworzone w myśl i na wzór jego istniały i brały udział w walkach na terenie Holandii, tak więc wyróżniający się zdecydowanie dosiad postaci z obrazu nie jest raczej fanaberią i wizją artystyczną Rembrandta lecz uwiecznieniem tego, co widział. Warto zwrócić też uwagę na siodło typu wschodniego, takie samo jakie do dzisiejszego dnia używają ludy Azji.

Jedyną rzeczą, która może zastanawiać, to dlaczego nowy dosiad i anglezowanie nie przyjęło się od razu tylko musiało (jeśli uznać, że pierwsi byli Polacy) zostać na nowo odkryte przez Anglików w XIX wieku? Może było wiedzą tajemną, sekretem, któremu oddziały lekkiej jazdy zawdzięczały swoją niesłychaną i zaskakującą mobilność – lisowczycy mogli pokonywać długie dystanse kłusem i stępem z uśrednioną lecz stałą prędkością, podczas gdy inni przeważnie stępowali odpoczywając po galopie lub galopowali na relatywnie niewielkich odcinkach męcząc konie.

Obojętnie, czy anglezowanie wymyślili Anglicy czy Polacy był to ostatni krok przed rewolucją Caprilliego, od której zacznę następną część artykułu poświęconego historii dosiadu.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Dresaż – król sportu jeździeckiego.


Wzorem Hitchcock'a najlepiej zacząć od trzęsienia ziemi, a potem budować napięcie, więc czemu nie zacząć od starej jak świat kłótni między prawosławnymi a awstryjcami... ;)


Pierwsze nowożytne zawody jeździeckie, gdzie startowano w jednej z dyscyplin nam dziś znanych zaczęto odbywać w latach 50-tych XIX wieku we Francji. Organizowano je w Paryżu w trakcie wystaw koni. Uczestnikami byli w przeważającej ilości oficerowie ze szkoły jazdy w Saumur, a główną prezentowaną dyscypliną było ujeżdżenie.
Jednakże historia ujeżdżenia zaczyna się dużo, dużo wcześniej. Zanim jeszcze człowiek marzył o pokonywaniu wysokich barier, czy tym bardziej o bojowym użyciu konia musiał go dosiąść, a więc zajeździć, a potem ujeździć. Ujeżdżenie w swej niezbyt zaawansowanej odsłonie jest elementarzem każdego konia i jeźdźca. Nie można myśleć o pokonywaniu parkurów na koniu niereagującym na nasze sygnały, bądź reagującym dopiero wtedy, gdy inny, lepiej ujeżdżony koń pracujący na drugim końcu placu zareagowałby na sam ich widok.
Ujeżdżenie jest sztuką i jak każda sztuka wymaga wyczucia i godzin ćwiczeń, dlatego przez wielu, jako niezrozumiała jest ignorowana i nielubiana. Lecz czy gra na instrumencie nie jest również sztuką? Owszem, jest. Lecz czy wielu w tej biegłości mamy wirtuozów, istnych mistrzów? Nie. Podobnie jest z ujeżdżeniem. Jeźdźców bardzo dobrych, posiadających pewną iskrę bożą jest naprawdę niewielu. Zdecydowana większość to rzemieślnicy, niektórzy bardzo, bardzo sumienni, ale jednak. I znów, tak jak z grą na gitarze, gdy przychodzi do wspólnej besiady muzyk nie musi być w pełni wyedukowanym artystą, wystarczy że ma podstawowe umiejętności pozwalające mu wydobyć z instrumentu dźwięki i złączyć je w całość. Oczywiście zaraz może pojawić się drugi, pożyczyć gitarę i zagrać jeszcze lepiej, a wtedy cały blask pierwszego niknie jak zachodzące za horyzontem słońce. Obojętnie czy gramy na gitarze akustycznej, elektrycznej czy klasycznej, pewne podstawy są niezmienne, podobnie jest z jazdą konną. Czy jedziemy na koniu skokowym, rekreacyjnym czy kawaleryjskim, są mechanizmy które działają w ten sam sposób. Skoro więc działają w ten sam sposób, znaczy, że są bazą wyjściową do późniejszych rozróżnień.
Klasyczne ujeżdżenie w najczystszej postaci, czyli to znane nam dzisiaj przede wszystkim z Hiszpańskiej Szkoły Jazdy w Wiedniu, to, które prezentował brytyjski kawalkator James Fillis, czy Francuz Baucher opiera się przede wszystkim na bezgranicznym posłuszeństwie konia i wykonywaniu wszelkich poleceń jeźdźca, którego sygnały winny być jak najmniej widoczne. Oczywiście w tym momencie większości staje przed oczami wizja koni niemal mechanicznych, które w rytmicznym, beznamiętnym tempie wykonują piaff czy pasaż, niemal jak dzieci na taśmociągu z teledysku Pink Floyd’ów do piosenki „The Wall”.
“We don’t need no dressage lessons!
We don’t need no trot control
No High School movements on the manege
Hey, riders! Leave the horses alone!”
Na takie postrzeganie ujeżdżenia, nie będę ukrywać, zapracowali w dużej mierze sami zawodnicy i trenerzy, jednakże wyobraźmy sobie coś innego: chociażby konia skokowego, który pomimo chęci, wielkich ambicji, któremu „tyłek się gotuje na widok przeszkody” pozostaje posłuszny i nie leci na nią jak oszalały, albo konia na torze pozorników idącego mocnym, zdecydowanym galopem, a nie w galopie jednostajnie przyśpieszonym, lub w drugą stronę, snującego się i „pływającego”.
By osiągnąć ten widok zgrania konia z jeźdźcem potrzebne są godziny pracy, bądź co bądź,  ujeżdżeniowej. Mniejsza z tym, czy będzie to praca stricte maneżowa na placu, czy będziemy pracować w terenie, chodzi o osiągnięcie pewnego celu – zgrania z wierzchowcem. Dobrze ujeżdżony koń kawaleryjski powinien każde zadanie wykonywać z polotem, ułańską fantazją, czy jak pisał major Kazimierz Klaczyński „z zapierdem”, a to znaczy nie mniej, nie więcej, że w tej frywolności i wesołości jedno delikatne cuknięcie, przytrzymanie na wodzy, czy cichutkie zagwizdanie przywraca konia do pewnego skupienia na jeźdźcu, a nie zadaniu które wykonywał sekundę temu. Mnie samemu czasem zdarza się mówić do Kaliny „Nie myśl za mnie! Ty nawet za siebie nie myśl!” oczywiście jest to gruba przesada, ambicja u konia jest bardzo ważną cechą, jest darem, którego nie wolno zmarnować, chociaż czasem sprawia trudności.  Celem ujeżdżenia nie jest więc łamanie psychiki konia, niszczenie jego ambicji, lecz kierunkowanie jej na tory, na których będzie mógł ową ambicję realizować.
Pod hasłem ujeżdżenia, nie rozumiem jednakże tylko treningu konia. Również jeździec powinien być dobrze „ujeżdżony”. Wielu ambitnych, młodych dresażystów podziwiając swoich mentorów wyobraża sobie scenę, gdy oto mistrz zsiada ze swojego wierzchowca i mówi „siadaj i jedź”, a koń robi pod nim wszystko – zmiany co tempo, piruety, piaffy, pasaże… I równie wielu młodych, ambitnych dresażystów się rozczarowało, bo koń wcale nie chciał tego robić. Skąd to się bierze? Z braku precyzji pomocy jeździeckich. Ale znów poniosło mnie gdzieś na szerokie wody, trzeba wrócić i pokazać to na bardziej przyziemnych przykładach. Podstawową w wielu przypadkach zasadą dla jeźdźca powinno być „nie przeszkadzaj”. Jednakże nie oznacza to kompletnie biernego siedzenia w siodle i czekania na zbawienie boże, bo czasem i koń na takowy balast może się zdenerwować i szach, prast, dup! – „siedział święty Piotr przy bramie…”. Nieprzeszkadzanie należy tu rozumieć jako niewysyłanie zbędnych, a często również sprzecznych sygnałów. Jest to dążność do jak najlepszego zgrania się z koniem, z jego ruchami, by i on, i ten, kogo nosi jak najmniej się męczyli. Wiem, dla jak wielu dzisiejszych ułanów prawdziwą katorgą jest kłus ćwiczebny. Bo przecież w terenie jedzie się anglezowanym, a w galopie też – dupa w górę i jazda półsiadem, najlepiej niemal leżąc poczciwemu konisku na szyi. A potem przychodzą zawody, a z nimi czworobok. Pal licho jak jest to program LL-WKKW, te koło 20m w ćwiczebnym jakoś się przetrzęsie, jeszcze lepiej jak L-ka, bo wtedy obowiązkowej demonstracji odbijania koniowi nerek nie ma, ale zaczyna się zgroza, gdy ktoś wpadnie na diabelski pomysł zrobienia próby ujeżdżeniowej na poziomie klasy P, bo tam już dosiad ćwiczebny jest obowiązkowy. I wtedy jest co oglądać na czworoboku – ręka w jedną, noga w drugą, garb na plecach, brzuch gdzieś z przodu, sina z niedotlenienia twarz skryta między ramionami – a może jeździec tylko nie chciał by ktoś go rozpoznał?
Ostatnio, na bardzo podwórkowych zawodach jeden z kawalerzystów, który i owszem, ma na swoim koncie starty w dużych imprezach kawaleryjskich, po uzyskaniu bardzo miernej noty za czworobok począł kłócić się z sędziami. Gdy ci, w jak najdelikatniejszych słowach próbowali mu wyjaśnić, że noty są jakie są, bo dosiad pozostawiał wiele do życzenia odpowiedział, że przecież na końcu protokołu jest napisane jak krowie na rowie, że dosiad dowolny, chyba, że jest napisane inaczej, a to znaczy, że może sobie siedzieć jak chce. Oczywiście świadczy to jedynie o ignorancji jeźdźca i braku podstawowej wiedzy, nawet jeśli nie praktycznej to chociaż teoretycznej, by wiedzieć co znaczy dosiad dowolny.
O ile przyjemniej ogląda się jeźdźca siedzącego na koniu prosto, z głową w górze i raźnym spojrzeniem, niż zadyszanego i pogarbionego człowieka, który walczy z grawitacją o przetrwanie i całość rodowych klejnotów. Choć wrażenie estetyczne jest tutaj ważne, to ważniejsze jest (dla mnie przynajmniej) co odczuwa koń. Jeżeli z każdym krokiem koń dostaje po zębach wędzidłem i jeszcze po nerkach bezwładną masą spadającego na siodło jeźdźca, to się usztywni, jeśli się usztywni to będzie trząsł bardziej, a przez to jeszcze mocniej dostawał po zębach i nerkach… Błędne koło, prawda? Jaka rada zapytacie? Przestać jeździć? Nie! Tylko się zmotywować! Plac nie jest nudnym miejscem, a ujeżdżenie kręceniem bezsensownych kółek. Jest to przede wszystkim próba nawiązania kontaktu z koniem i zapanowania nad własnym ciałem. Bo o ile można konia zmusić do skoku, bo co tam, w konkursach skokowych, prócz tych dla młodych koni nie jest oceniany styl konia a efekt końcowy, natomiast efektem końcowym ujeżdżenia jest to, w jakim stylu i harmonii poradziło się ze wszystkimi elementami na czworoboku.
Zatem, dla dobra swojego i końskiego – na plac!

A jeśli ktoś jeszcze nie jest przekonany co do wagi ujeżdżenia w codziennym treningu zapraszam do śledzenia bloga, jeszcze nie raz będę powracał do tego tematu.

O nas




Jako że w kawalerii tradycyjnie najpierw koń, a potem ułan zacznę więc i ja od tej piękniejszej, mądrzejszej i zdecydowanie ważniejszej części naszego zespołu, wszak „kto tradycji nie szanuje…”
Kalina – klacz typu szlachetnego urodzona w 2007 roku. Córka og. Garson po Kwartet (ex Quatuor Charriere) i kl. Katrin po Monter. Choć znam ją już od 2010 roku, nasze drogi na dobre zeszły się w roku 2013. Od tego czasu przeżywamy wspólne wzloty i upadki (te ostatnie głównie moje). Aktualnie z powodzeniem startuje w konkursach klasy P w ujeżdżeniu oraz L1 (do 105cm) w skokach (choć ambicje ma na więcej). Nie chciałbym się na wstępie zbytnio rozpisywać, choć jest to persona niezwykle ciekawa i nie ukrywajmy, główny bohater tego bloga, to jednak przyzwoitość nakazuje mi nie odsłaniać na raz wszystkich kart.
Ja natomiast nazywam się Roch Iwaszkiewicz, rocznik 1994. Aktualnie student II roku prawa na Uniwersytecie Opolskim, a co ważniejsze czynny zawodnik jeździecki, posiadacz II klasy sportowej w ujeżdżeniu, uczestnik m.in. Mistrzostw Polski Juniorów w tejże dyscyplinie. Instruktor rekreacji ruchowej ze specjalnością jazda konna, oraz Instruktor Wyszkolenia Podstawowego PZJ. Miłośnik historii i kawalerii, członek Szwadronu Opole w barwach 9 Pułku Ułanów Małopolskich, kapral kawalerii ochotniczej. Przez 9 lat edukacji jeździeckiej było mi dane obserwować i uczyć się od wspaniałych fachowców, z których największy wpływ miał, ma i mieć zapewne jeszcze przez długie lata będzie Jarosław Poręba. Jak chodzi o styl jazdy zdecydowanie bliżej mi chyba do awstryjca niż prawosławnego.
Winny też jestem wyjaśnić o czym ów blog będzie. Otóż przez czas bezpośredniej mojej obserwacji sceny kawaleryjskiej, czy to tej stricte historycznej, czy tak dumnie nazywanej ”nieprzebieranej” kawalerii ochotniczej dostrzegłem wiele braków, niedociągnięć, czy zwyczajnej ignorancji. Nie mam zamiaru atakować tu z imienia czy nazwiska kogokolwiek, a jedynie głośnio się zastanawiać, co trzeba by było moim zdaniem zmienić, w którą stronę pójść. Chcę też na łamach tej witryny podzielić się swoimi doświadczeniami w pracy z koniem kawaleryjskim, rozebrać ją na czynniki pierwsze, skonfrontować z regulaminami i postarać wpleść w codzienny trening sportowy, bo nie ukrywajmy, że dzisiejszy koń kawaleryjski jest przede wszystkim koniem startującym w militari, czyli koniem sportowym. Tak naprawdę to właśnie start w konkursach dzielności konia wojskowego upoważnia go do nazwania koniem kawaleryjskim. Koń, na którym „udało się przeżyć” rekonstrukcję bitwy, zaciągając mu pelham, czy (o zgrozo) munsztuk i nieomal łamiąc szczękę nie jest koniem kawaleryjskim. Ułan musi być pewny swojego wierzchowca, musi wiedzieć, że ten go nie zawiedzie, a koń ten musi prezentować sobą pewien niewyśrubowany, lecz solidny poziom wyszkolenia. Na koniu ułańskim trzeba siedzieć pewnie, trzeba czuć, że można się rzucić na nim w każdy bitewny wir, że będzie można nim manewrować w każdej sytuacji i walczyć z przeciwnikiem, a nie o utrzymanie się w siodle. Oczywiście, by koń był w pełni koniem wojskowym musi zasmakować wszystkiego – oceny na czworoboku, skoków na parkurze i na crossie, pokonać tor do lancy, szabli czy pistoletu, powąchać prochu i poczuć w nogach długie kilometry marszu. Gdy zabraknie któregoś z tych elementów, mamy do czynienia z niedokończonym dziełem, chociaż niektóre braki łatwiej jest nadrobić od innych. Jak chodzi o moje zdanie, niebawem wszystkiego się dowiecie, zapraszam do zaglądania na tę stronę.