Kalina

Kalina

czwartek, 27 lipca 2017

Przeprawy cz. I - w bród i wpław

Od zarania dziejów człowiek wykorzystuje naturalne uwarunkowania terenu do obrony – góry, gęste lasy czy bagna utrudniają przedarcie się przez nie sił nieprzyjaciela na bronione terytorium – choć nie raz zbyt duża wiara w tego typu przeszkody była opłakana w skutkach dla obrońców. Inną dogodną linią obrony są przeszkody wodne i to sposobom ich pokonywania przez kawalerię poświęcony jest ten tekst.
We wspomnieniach przedwojennych oficerów ćwiczenia w pokonywaniu przeszkód wodnych przewijają się często, co pozwala stwierdzić, że był to element wyszkolenia do którego przykładano dużą wagę. „Instrukcja Pionierów Kawalerii” dzieli przeprawy, zależne od sytuacji bojowej przeprawiającej się jednostki  na przekraczanie przeprawy z dala od nieprzyjaciela oraz forsowanie jej w obliczu nieprzyjaciela.

Żeby wprowadzić się lepiej w klimat plażowy, proponuję na początek obejrzeć ten krótki film z kanału Pathe1939:


Rodzaje przepraw.

Przeprawy w bród.
Były najprostszym sposobem przeprawy przez rzekę, wymagające użycia najmniejszej ilości środków technicznych, przez co zalecało się ich najczęstsze stosowanie. Wyszukiwanie odpowiedniego miejsca (brodu) ułatwiają mapy, zdjęcia lotnicze, czy też „chłopskie bezardy”, czyli informacje od ludności cywilnej.
Film przedstawia urywki z manewrów kawaleryjskich z różnego okresu II RP. Od 2:02 do 2:37 widać przejście rzeki w bród. Dobrze widoczne wbite w dno lance wyznaczające skrajnię brodu. (film z kanału Pathe1939)


Poszukiwanie brodu odbywały się na dwa sposoby – albo za pomocą żerdzi sprawdzano głębokość rzeki z łodzi, płynąc wzdłuż jej brzegu, a po odnalezieniu płycizny w poprzek lub w przypadku braku środków pływających, wysyłano jeźdźców nago, na oklep w linii harcowników – tu istotny był dobór dobrze pływających jeźdźców i koni, oraz wyznaczenie ratowników.
Odpowiedni bród miał następujące parametry – prędkość nurtu w granicach do 1 m/s, twarde dno oraz odpowiednią głębokość – dla kawalerii do 125 cm, piechoty i wozów taborowych do 100 cm, dla środków motorowych w zależności od pojazdu od 25 cm do 120 cm, dla artylerii do 60 cm, przy czym w przypadku przeprawiania artylerii przez głębszy bród można było wyprzęgnąć działa i przeciągnąć je za pomocą lin.
Ważne było również odpowiednie wytyczenie granic brodu. Stosowano do tego przede wszystkim żerdzie wbite w dno (ewentualnie lance) z przywiązanymi wiechciami ze słomy bądź wikliny lub połączonymi liną. Im bardziej kręty był bród, bądź jego granice były nieregularne, tym częściej (gęściej) ustawiano żerdzie).
W przypadku małych oddziałów, takich jak patrole i niewzmocnione podjazdy bród rozpoznawał osobiście dowódca oddziału poprzedzany przez przewodnika lub dwóch żołnierzy, dobrze pływających i na dobrze pływających koniach po czym wracał na przeciwny brzeg i przeprowadzał cały oddział.
W zależności od szerokości brodu przekraczało się po w kolumnie po jednemu, dwójkami bądź trójkami w grupach do wielkości plutonu. Odstępy między grupami powinny wynosić około 20-30m, jednak odległość ta mogła zostać zwiększona w przypadku bystrzejszego nurtu rzeki. A contrario, jeżeli nurt nie był bystry, a bród szeroki, można było go wziąć „z marszu” w kolumnie marszowej.
W przypadku brodu o słabym, miękkim dnie, które mogło zostać „rozjechane” w trakcie przeprawy, w wyniku czego bród ulegał pogłębieniu, oddziały przeprawiano (w miarę możliwości) w kolejności:
- oddziały piesze;
- tabory;
- artyleria, broń motorowa;
- and last but not least – kawaleria.

Por. Grzegorz Cydzik
Na koniec tematu brodów, dwa opisy ze wspomnień przedwojennych oficerów – jako pierwszy, opis przeprawy 13 Pułku Ułanów Wileńskich w trakcie manewrów Wileńskiej BK autorstwa Grzegorza Cydzika : 
„W pewnym momencie, w czasie forsowania rzeki Wilii, pułk nasz miał przejść konno głęboki bród. (…) Na brodzie woda sięgała prawie do sideł, a prąd wody był silny. Pionierzy ubezpieczali przeprawę. (…) Ponieważ moment sforsowania rzeki, a w dalszej kolejności wyjście naszego pułku na skrzydło i ewentualnie na tyły przeciwnika było decydującym momentem ćwiczeń, na brzegu rzeki zjawił się jak Napoleon nad Berezyną na siwym koniu sam dowódca Brygady (gen. Marian Przewłocki - przyp. aut.) – który dowodził naszą stroną – w otoczeniu kilku oficerów ze swego ścisłego sztabu oraz rozjemców wysokiego szczebla.
Akcja przechodzenia rzeki w bród przebiegała popisowo. Przeszła rzekę szpica, ruszyła dalsza część szwadronu straży przedniej i teraz musiały wejść do wody cztery taczanki z CKM zaprzężone w trójki koni. No i zaczyna się robić tzw. klops. Pierwsza taczanka, a raczej pierwsza trójka koni – młodych pięciolatków kapitalnej rasy oszmiańskiej – za żadne skarby nie chce wejść do wody. Konie te nigdy nie przechodziły w zaprzęgu przez rzekę, stąd ten silny opór przed nieznanym. A wszystko dzieje się na oczach generała i wysokich rangą oficerów rozjemców z obcych brygad i dywizji. Celowniczy i taśmowy zeskakują z taczanki do wody i zanurzeni w niej po pachy próbują taczankę pchnąć do przodu, woźnica bez litości okłada ogłupiałe konie batem, a zaprzęg jak nie chciał, tak nie chce wejść do wody. W międzyczasie szwadron straży przedniej kończy już przechodzenie brodu i na drugiej stronie rzeki może znaleźć się w obliczu nieprzyjaciela bez ciężkiej broni maszynowej. Widząc to wszystko zdeterminowany woźnica odbija się z kozła taczanki, jednym parometrowym susem wskakuje na środkowego konia zaprzęgu i smagając całą trójkę batem zmusił ją do wejścia do
Wytyczanie brodu
wody, a potem do ruszenia na drugą stronę rzeki.
Ujrzawszy ten kaskaderski wyczyn, generał donośnym głosem parokrotnie krzyknął wskazując wyciągniętą ręką w stronę taczanki: Woźnica – starszy ułan! Woźnica – starszy ułan!. Oznaczało to, że woźnica zostaje awansowany z tą chwilą do stopnia starszego ułana.”

Oraz drugi, autorstwa Edwarda Ksyka, ówczesnego porucznika 9 Pułku Ułanów Małopolskich, dowódcy  2-ego szwadronu, z lipca 1929r.:
„W gorący lipcowy dzień 1929 roku stawiły się szwadrony nad Dniestrem na pierwsze ćwiczenia w pływaniu. Rzeka poznaczona była przez szwadron pionierów brygady wiechciami na wysokich tykach. Wskazywały one, którędy prowadzi dość  głęboki bród.
Szwadrony kolejno przybywały nad brzegi wyciągawszy się w pojedynczy rząd, koń za koniem dwa kroki, wchodziły do wody. Przebycie brodu okazało się nie tak łatwe, jak się na pozór zdawało. Prąd Dniestru jest tak silny, że długi czas trzeba było iść w górę rzeki, powoli odsuwając się od brzegu. Gdy szwadrony znalazły się w środku rzeki, rząd momentalnie załamywał się, tworząc półkole, tak silnie woda spychała konie. Szum wody zagłuszał nawoływania, a w pierwszej chwili były ku temu powody. Niektóre konie, mimo przynaglania, zatrzymywały się, bijąc przednią nogą w wodę. Inne kładły się, aby się ochłodzić. Bezradny ułan, znalazłszy się niespodziewanie w wodzie, starał się poderwać konia wodzami, sam nie mogąc utrzymać się na nogach, wywracany przez prąd.”


Przeprawy wpław.



Kawalerzyści podczas przeprawy wpław w pełnym oporządzeniu
Jest to specyficzny rodzaj pokonywania rzeki, który stosować mogły jednostki kawalerii pozbawione środków kołowych (bez taczanek i wozów). W przypadku mieszanych oddziałów jak i wielkich jednostek kawalerii przeprawy wpław oddziałów konnych łączyło się z przeprawą innych rodzajów broni przez przewożenie ich środkami pływającymi.
Dobór odpowiedniego miejsca nie był sprawą prostą, gdyż miało ono spełniać szereg warunków:
- prąd równy, nierwący, szybkość nie większa niż 1m/sek., bez wirów, nurt bliżej brzegu własnego;
- brzegi powinny zapewniać wygodne wejście do wody i wyjście z niej;
- dno niegrząskie i łagodnie opadające od brzegu ku środkowi, aby koń nie tracił od razu gruntu pod nogami;
- koryto rzeki musi być wolne od kamieni, pali podwodnych itp.

Przy doborze miejsca należało pamiętać, że „lądowisko” na przeciwległym brzegu wypadnie niżej niż miejsce „wodowania”, gdyż nurt zawsze zniesie płynących w dół rzeki.
W zależności od możliwości wykorzystania dodatkowych środków przewozowych stosowało się różne sposoby przeprawy wpław:
a) bez pomocy środków przewozowych (w pełnym oporządzeniu)
b) z wykorzystaniem środków przewozowych: 
- przeprawę wpław bez oporządzenia,
- przeprawę koni wpław tabunem,
- przeprawę koni wpław obok środków przewozowych
- przeprawę koni wpław obok kładki.

W przypadku wariantu drugiego oporządzenie i ludzi przeprawiało się po kładce bądź innymi środkami przeprawowymi – łodziami, pontonami.
Sposoby płynięcia przy koniu
Przeprawę wpław w pełnym oporządzeniu stosowało się tylko w razie konieczności bojowej, gdy brak było czasu na zorganizowanie środków przeprawowych.
Opis prawidłowego pływania z końmi dostarcza „Regulamin Kawalerii – Wyszkolenie Kawalerzysty. Rozdział A – Nauka jazdy konnej pkt. 110”:
"Jeżeli się ma ruszyć wpław z koniem osiodłanym, należy odjąć munsztuk; wodze zwisające pod szyją okręcić 2-3 razy jedna około drugiej; przez jedną z nich przeciągnąć podgardle, które się zapina jak zwykle; przesunąć po puśliskach strzemiona do góry i o jedną dziurkę popuścić popręgi. Gdy jeździec wjedzie do wody i nada koniowi kierunek, zupełnie zwalnia wodze i ujmuje grzywę w pobliżu kłębu niedalej, jak na szerokość 2 dłoni od niego. Gdy koń straci grunt pod nogami, jeździec zsuwa się do wody od strony prądu i płynie obok konia. Nie powinien przy tym przy pomocy rąk robić wysiłków, aby się unosić jak najwyżej, przeciwnie zagłębia się w wodę po samą brodę, gdyż w ten sposób ułatwi koniowi utrzymanie się na powierzchni  (rys. 42). Przy prądzie z prawej strony jeździec trzyma się prawej strony konia ujmując lewą ręką grzywę, prawą zaś w razie potrzeby kieruje koniem za pomocą klepania go po policzkach z odpowiedniej strony. Przy prądzie z lewej strony jeździec postępuje odwrotnie. Wodzą należy kierować tylko w razie potrzeby i bardzo oględnie, gdyż nieostrożne pociągnięcie wodzy może spowodować zadarcie łba i przewrócenie się konia. Gdy koń osiągnie na przeciwległym brzegu grunt pod nogami, jeździec znów go dosiada. Można również stosować następujący sposób: jeździec zsuwa się w tył, na zad konia, i płynie trzymając się za tylną część siodła (ryc. 43). Przy przebywaniu wpław niewielkich przestrzeni, mniej więcej do 10 m, jeździec pozostaje na siodle."
Edward Ksyk jako porucznik i adiutant 9 PU

I znów pozwolę sobie przytoczyć wspomnienia z lipca 1929 r. kiedy to por. Ksyk, wraz z pozostałymi dowódcami szwadronów, by dać przykład żołnierzom przeprawił się wpław w oporządzeniu żołnierskim – z lancą i karabinkiem, choć pomysł ten, jak sam przyznał – nie bardzo mu się podobał:

„Pułk ustawił się w linii szwadronów (…). Po rozsiodłaniu i zdjęciu munsztuków, konie zostały na wędzidłach. Ułani rozebrali się do naga. Młodsi oficerowie w kąpielówkach, a dowódcy szwadronów w mundurach. (…) Przyszedłszy do szwadronu założyłem karabinek jak na komendę rzez plecy broń! Odzwyczaiłem się od tego. Cisnął mnie i karabinek na plecach i pas idący przez pierś. Zanim dosiadłem konia popuściłem popręgi, tak jak to w ostatniej chwili przeczytałem w regulaminie, aby koń miał swobodę ruchów. (…) Klacz moja Lira, która poprzedniego dnia spokojnie przechodziła przez bród, i teraz chętnie weszła w koryto Dniestru. Im dalej, tym woda sięgała mi wyżej. Nawet nie zorientowałem się, kiedy Lira zaczęła płynąć, tak robiła to równo i spokojnie. Zaniepokoiło mnie jakieś dziwne chwianie się siodła. Unosiło się ono lekko i opadało na koński grzbiet. Nie robiło to wrażenia na klaczy, która pracowała miarowo i sunęła do przeciwległego brzegu. Mocno trzymałem się za grzywę i starałem się zachować spokój, choć karabin krępował ruchy, a przeszkadzała trzymana w ręku lanca. (…) Lira znoszona przez prąd , zaczęła w pewnym momencie walczyć z nim, idąc już po twardym gruncie. Okazało się, że pływanie było dużo łatwiejsze niż sobie to wyobrażałem, patrząc na szwadron poprzedni. Zachwycony byłem Lirą, która wykazała wspaniałe zdolności pływackie. Wydostawszy się na brzeg, z butami pełnymi wody, zszedłem z konia. Klacz otrząsając się, opryskała mi całą twarz. (…) Zdziwienie i niedowierzanie wywołało moje powiedzenie, że nieprzyjemne było to unoszenie się siodła w wodzie. Nie mogliśmy się jakoś porozumieć. Dopiero po wyjęciu regulaminu okazało się, iż źle odnośy ustęp przeczytałem, robiąc to szybko i w ostatniej chwili. Zamiast popuścić jedną dziurkę popręgu, zrobiłem to zbyt gorliwie, popuszczając ich kilka, tak jak czyniliśmy to na komendę: Popuścić popręgi! Siodło nieumocowane balansowało na wodzie. (…) W następnych dniach pływaliśmy w ten sposób, że z chwilą spłynięcia konia, zsuwaliśmy się do wody od strony prądu i płynęliśmy obok trzymając się grzywy lub za koniem, chwyciwszy go za ogon (…)."  

środa, 4 maja 2016

Dni Ułana 2016 - historia kołem się toczy.

Rok przeszło nic nie napisałem na łamach tej skromnej witryny i to raczej nie z powodu braku tematów, a braku czasu – działo się bowiem wiele, od rzeczy jeździeckich, szkoleniowych, na rekonstrukcjach kończąc. Sam fakt zmiany barw na czarno-chabrowe i idące za tym zmiany w postrzeganiu niektórych kwestii i ścieraniu się poglądów środowisk kawaleryjskich (rekonstrukcyjnych i ochotniczych) dostarcza niezliczonej ilości tematów. Jak już przy „drucikach” i Dniach Ułana jesteśmy, to nie sposób pominąć milczeniem faktu, że taczanka, o której premierze statycznej wspominałem w zeszłorocznym wpisie, w tym roku miała pierwszy wyjazd konny w miasto przy okazji niedzielnej defilady, a mnie przypadł przy tym zaszczyt objęcia dowództwa nad oddziałem (na szczęście z bezpiecznej perspektywy siodła, a nie kozła).
                O tym, jaką imprezą są obchody święta 15 Pułku Ułanów Poznańskich oraz towarzyszące im zawody militari można przeczytać na stronie organizatorów, bądź w moim zeszłorocznym wpisie, do którego z resztą będę się dość często odwoływał.
                Rok temu, kiedy  po raz pierwszy gościłem na Hipodromie Wola (co nie znaczy, że w tym roku odważę się powiedzieć  o sobie „stały bywalec”), wszystko było nowe i przyjmowane z mniejszą krytyką. Dziś, mając możliwość porównania widzę, że  niektóre sytuacje się powtarzają, albo co gorsza ulegają nasileniu co powoduje, że zapala się człowiekowi lampka ostrzegawcza.
     
Na rozprężalni przed ujeżdżeniem
      Konkurs I – ujeżdżenie. Tak się cudownie stało, że w moim przypadku sędziowie pobili swój niechlubny rekord – rozbieżność w ocenach przekroczyła 12 punktów procentowych i tak, dla sędziego głównego w literze C mój przejazd był bardzo dobry, bo oceniony aż na 67% (mimo pomyłki w trasie przejazdu), a dla sędziego w literze H zaledwie mierny, bo ocenił go na procent 55. W tym przypadku uwagi, które miałem w zeszłym roku stają się jeszcze bardziej aktualne – brak podawania wyników jakie otrzymał każdy zawodnik u poszczególnych sędziów oraz niepodawanie wyników na bieżąco (czyli po przejeździe kolejnego zawodnika wyniki tego, który startował przed nim) zabijają do końca emocje tej próby.  Jak pisałem już rok temu, jawność tych częściowych rezultatów daje możliwość zobaczenia, czy np. jeden sędzia przyjął inne (surowsze) kryterium i ocenia każdego zawodnika o te kilka(naście) punktów niżej niż dwóch pozostałych, czy jest to jednorazowy „wybryk” krzywdzący jeźdźca i nadający się do oprotestowania. Na poparcie swojego wywodu dodam, że na zawodach rozgrywanych w trakcie Warszawskich Dni Kawaleryjskich, czy zawodach militari w Toporzysku wyniki ujeżdżenia przedstawiane są w taki sposób – żeby nikt mi nie mógł zarzucić, że sugeruję się jedynie profesjonalnym sportem. Rozmawiałem z organizatorem i w pełni rozumiem, że mają mało ludzi, jednakże mnie samemu, pracując przy obsłudze zawodów ujeżdżeniowych jako obsługa komputerowa, zdarzało się robić za tak zwane „liczydło” i spikera równocześnie. Cóż, jak mówi życiowa prawda - kto stoi w miejscu ten się cofa.
Konkurs II – przegląd mundurowy. Rok temu tę próbę skwitowałem w dwóch zdaniach, ale w tym roku będzie inaczej. Powodem jest novum wprowadzone przez FKO, czyli pięciostronicowa checklista przywodząca na myśl te wypełniane przez pilotów przed startem. O ile większość punktów nie robi szczególnego wrażenia – są naturalne i oczywiste, a w niektórych przypadkach rozłożenie ocen na mniejsze punkty  – np. kontrola czystości konia – jest jak najbardziej zasadna, to widać, że inne są przygotowywane z myślą o ujednoliceniu umundurowania do standardów Federacji. Przykłady? Proszę bardzo:
Czekając na przegląd
- jednolity odcień kurtki i spodni – o ile nie jest to niczym dziwnym przypadku kawalerzystów-ochotników, tak względem osób ze środowisk rekonstrukcyjnych jest to pewna niesprawiedliwość, bowiem w II RP kurtka i spodnie nigdy nie tworzyły w magazynie kompletu, ergo – ułan brał co intendent dał. Odcienie kurtek i bryczesów, kurtek od innych kurtek, czy bryczesów od bryczesów różniły się, gdyż technologicznie przed wojną nie było możliwości zafarbowania dwóch partii sukna na ten sam odcień, przez co różnice były na porządku dziennym. Podobnie miała się kwestia u oficerów,  którzy nie z przymusu, a dla fasonu nosili bryczesy jaśniejsze od kurtki, bądź ciemniejsze w zależności od panującej aktualnie mody.
- rękawiczki – znów rekonstrukcja… Szeregowi kawalerzyści nie posiadali rękawiczek innych niż zimowe z dzianiny w barwie ochronnej, tymczasem komisja oczekuje (jak wynika z karty), że zawodnik stawi się do przeglądu w rękawiczkach. W tym roku, jako że odtwarzałem postać plutonowego podchorążego Szwadronu Łączności Wielkopolskiej Brygady Kawalerii, stałem przed dylematem, czy wyjechać w rękawiczkach, czy bez – ostatecznie zdecydowałem, że zabiorę rękawiczki, żeby już nie utrudniać życia komisji. Poza tym, jako rezerwista mogłem mieć przecież prywatne.
- kwestia płachty namiotowej – była sporna i poniekąd rozumiem, że komisja musiała się na czymś opierać i wybrała słowo pisane w postaci „Instrukcji noszenia, troczenia, etc, etc….” z 1938 r., która faktycznie była, ale jedynie tymczasowa i jednostki konne nigdy płacht nie otrzymały – tym bardziej nie troczono ich na defilady (podobnie jak manierek, siatek z sianem, czy wiader polowych) – a według FAQ na stronie imprezy do przeglądu mundurowego jeździec ma się stawić w mundurze garnizonowym, takim jak do uroczystych wystąpień konnych. Tam zresztą jest też napisane o tym, że lanca nie jest obowiązkowa na przegląd – domyślam się, że jest to stary tekst, przygotowany zanim jeszcze Federacja zaczęła współorganizować zawody (czy raczej narzucać swoje zasady), niemniej, przydałoby się to w takim razie zaktualizować. Oczywiście dyskusja nad płachtą sprowadza się do postaci czysto akademickiej, bo twierdzeniem, że „tego u nas nie było” bez podania dowodu, każdy zawodnik mógłby popierać swoje braki w wyposażeniu. 
Podoficerowie Szwadronu Łączności WBK
- dystynkcje na rogatywce – o ile płachtę namiotową, czy punkty obcięte za nałożone odznaki i stopnie (brak legitymacji) przeżyłem, tak ten punkt zwalił mnie z nóg. Komisja uznała, że belki były… za małe. Faktycznie, nie kwalifikowały się względem regulaminu umundurowania Federacji, który przewiduje belki szerokości 3 cm. Przedwojenne nakazują szerokość belek 2,5 cm – co, jak pokazują fotografie często nie było respektowane. Przegląd mundurowy jest bez wątpienia trudną do oceniania „próbą”. Z jednej strony trzeba wypracować jakiś standard, z drugiej na wszystkie moje uwagi otrzymywałem odpowiedź – „na następny raz proszę w zgłoszeniu zawrzeć wszelkie informacje dotyczące sylwetki mundurowej – komisja nie musi mieć wiedzy tak rozległej w tym czy innym temacie, a do czegoś musi się odnieść.”. Poniekąd się z tym zgadzam. Ale tylko poniekąd, bo za Chiny Ludowe nie przyszłoby mi do głowy wysyłać zdjęcia podoficerów Szwadronu Łączności WBK na poparcie takich a nie innych rozmiarów belek na rogatywce. Zresztą – że tak pozwolę sobie popuścić wodze fantazji – ciekawe jak by komisja przyjęła to, że osoba odtwarzająca 7 pu wyjedzie z naprzemiennie założonymi sprzączkami w pakunku przednim (jedna skierowana w przód, druga w tył), gdyż w ten sposób w ramach tej jednostki rozróżniały się pododdziały? Przecież to jest wbrew regulaminowi! Ale są zdjęcia… Obawiam się, że w tej sytuacji zapewne sędzia zacytowałby klasyka: „dla mnie miarodajny jest regulamin!” i byłby klops. 
Ułan 7 pu z nieregulaminowo
założonymi trokami
(i bez płachty namiotowej)
 Żartem tylko dodam, że nie mogłem odmówić sobie przyjemności zapytania komisji na odprawie technicznej:  „a co jeśli osoba jedzie w barwach jednostki w lance nieuzbrojonej?”, chociaż od początku byłem gotowy wyjechać na przegląd z lancą (dobrze, że w Szwadronie Łączności była ta jedna lanca z wielgachnym proporcem dowódcy szwadronu!) – wszak, w ramach edukacji historycznej przypomnę, że przed wojną oficerowie daków (szwadronów łączności i pionierów prawdopodobnie też) byli zwolnieni z próby walki lancą. Józef Otfinowski, w latach 1932-37 oficer 7 Dywizjonu Artylerii Konnej Wielkopolskiej tak wspomina  Zawody Centralne Armii w 1934 r. rozgrywane w Hrubieszowie: „Trzeciego dnia (…) dwukrotny przebieg po torze próby władania bronią białą. Artylerzyści konni szablą, kawalerzyści szablą i na tym samym torze, lancą”. Co ciekawe - dalej, oprócz rodzajów pozorników autor podaje dystans i normę czasu – 310 m w 45 sekund, co daje tempo niewiele ponad 410 m/min. Mam jednak świadomość, że o ile wtedy ten rozdział był jak najbardziej logiczny, tak dzisiaj oddzielenie zawodników z jednostek bez lanc od kawalerii mijałoby się z celem, gdyż na poznańskich DU z tej pierwszej kategorii było nas dwóch – z czego każdy w innej klasie.

Zamykając ostatecznie temat przeglądu mundurowego, wyciągając wnioski z własnych punktów karnych i sprzeciwiając się propozycji rzuconej przez kogoś, żeby „wszyscy przyjęli regulamin FKO i nie będzie problemu” powiem tak – jeśli chcesz inaczej, przygotuj grubaśną teczkę z materiałami, wyślij ją Organizatorom, a potem…  potem patrz. I powiedz mi, proszę, jak było.
                Po przeglądzie była konkurencja III – strzelanie. I tutaj muszę Organizatorów pochwalić (choć nie wiem, czy to zasługa mojej zeszłorocznej sugestii), ale niebieskie kartki założone na pole punktowane świetnie się (przynajmniej w moim przypadku) sprawdziły –  4 na 5 tarcz było zaliczonych. To wszystko i tak nie zmienia faktu, że ta próba jest bardzo losowa, no ale cóż, bardziej jeździeckiej odmiany chyba nie wymyślono…
Przeszkoda nr 7 przed protestem. Bliższa kłoda początkowo
miała być dla L-klasy, w głębi widać przeszkodę
dla LL na dwóch żerdziach
Dzień pierwszy zmagań na Woli kończyła IV próba, czyli cross. Trasa próby terenowej chyba wzbudzała najwięcej emocji ze wszystkich. Po protestach zawodników część przeszkód zmodernizowano – m.in. przeszkody nr 3  (LL) i 4 (L), ustawione początkowo na skraju skarpy cofnięto o kilka metrów, by koń jednak miał trochę „płaskiego” za przeszkodą. I tak nie uchroniło to wielu zawodników od problemów, a nawet eliminacji czy upadków. Drugą przeszkodą budzącą kontrowersje była przeszkoda nr  7 (L). Z tą przeszkodą natomiast jest trochę śmiechu, ale po kolei żeby się nie pogubić. Przeszkoda w takim kształcie jak była ostatecznie skakana na zawodach (z niską żerdzią pomiędzy dwoma kłodami) była taka sama jak rok temu dla klasy L (LL miała obok na skarpie małą kłodę), natomiast w tym roku w początkowej wersji (przed protestami) L-klasa miała skakać jedną z tych kłód (wys. ok. 90 cm), a LL przeszkodę zbudowaną na zeszłorocznej L-klasowej (została podwyższona o jeszcze jedną żerdź). Ostatecznie dla LL-ki pozostawiono przeszkodę w formie takiej jak rok temu skakała L-klasa, a ta ostatnia miała wybór – skakać mniejszą lub większą. Jak widać po zdjęciach znaleźli się tacy, którzy szli na całość (szacunek Panowie !), ale pozwolę sobie przytoczyć regulamin (tym razem powojenny) ”Przepisy Międzynarodowej Federacji Jeździeckiej w rozgrywaniu Wszechstronnego Konkursu Konia Wierzchowego” – art. 547.4.3 Zeskok – „Zeskok po stronie lądowania jest mierzony od najwyższego miejsca przeszkody, włączając w to szczyt hyrdy lub żywopłotu, do miejsca, w którym przeciętny koń powinien wylądować”. Teraz odsyłam Cię czytelniku do zdjęcia abyś sam stwierdził, czy wysokość przeszkody od miejsca gdzie ten koń wyląduje będzie poniżej 120 cm (a taka jest maksymalna wysokość zeskoku dla L-klasy) – mnie się nie wydaje. Summa summarum jak mantrę powtórzę za zeszłym rokiem cytat z regulaminu sportu jeździeckiego w armii dotyczący pierwszych startów w sezonie : „pierwsze zawody w sezonie powinny być lżejsze biorąc pod uwagę niższą kondycję i formę koni po zimie”.

Kończąc kwestię crossu mała analiza porównawcza – na „tapetę” biorę trzy duże ośrodki, gdzie w sezonie 2015 rozgrywane były zawody WKKW – Jaroszówkę, Strzegom i Racot. W ułamkach w liczniku podana jest ilość zawodników którzy otrzymali eliminację na crossie (nie wliczałem zawodników wycofanych), w mianowniku - ilość zawodników którzy w próbie wystartowali.
Miejsce
Początek sezonu
Środek sezonu
Jaroszówka
Kwiecień LL 2/27, L 8/51
Czerwiec LL -, L 1/31
Strzegom
Marzec LL 1/19, L 2/26
Sierpień LL 5/21, L 1/23
Racot
Maj LL 8/28, L 8/48
Sierpień LL 2/14, L 5/28
Poznań – Dni Ułana
LL 4/10, L 5/13

Jak widać (pomijając już liczbę koni w konkursach) stosunek kończących do startujących na zawodach WKKW jest zdecydowanie wyższy niż na zawodach kawaleryjskich w Poznaniu. Dla porównania, w zeszłym roku w klasie LL na 16 zawodników nie ukończyło crossu 3, a w L-klasie na taką samą liczbę zawodników – 4.
Próba skoków odbyła się drugiego dnia rano 
Oczywiście są to tylko suche liczby, które nie oddają ani poziomu trudności tras, ani wyszkolenia zawodników, ale nieukończenie próby przez znaczną część jeźdźców (40% w klasie LL, 38,5% w klasie L) w porównaniu do zawodów wyczynowych, a więc teoretycznie trudniejszych, w których  nie dojeżdża do mety średnio 16% w LL i 11% w L nasuwa różne przemyślenia.  A chyba nikt nie chciałby być oskarżany jak Niemcy o bajorko w czasie IO w Berlinie w 1936 roku.
Gdy emocje dnia pierwszego opadły, zaczęła się kolejna próba, piąta w kolejności – skoki. Próba w przeciwieństwie do zeszłego roku rozgrywana była na hali, co mogło zaskoczyć, ale na tak dużej, jasnej hali ze świetnym podłożem przyjemnością było skakać. Mam wrażenie, że pomimo, iż w zeszłym roku skoki były przed crossem, to parkur był nieco niższy, w przeciwieństwie do tegorocznego, gdzie konie miały już w nogach dwie duże próby, aczkolwiek może to być jedynie moje subiektywne wrażenie, jako osoby mało skaczącej w ostatnim czasie.
Galopem jak po drucie
Na koniec pozostał, jak to zwykł mawiać spikerujący zawodom Pan Michał Andrzejak „crème de la crème”, czyli próby broni białej. Ze swoich własnych tegorocznych doświadczeń powiem tak – chwała Bogu, że był mierzony czas stoperem, a nie tylko fotokomórką! Wielkie było moje zdziwienie, gdy na wynikach próby lancy zobaczyłem swoją eliminację i wzięty z kosmosu czas – 51 sekund. Idę, pytam -  na fotokomórce faktycznie tyle jest, ale sędzia czasowy, który mierzył czas stoperem ma zapisane 21 sekund. Nie wiem i nie dowiem się zapewne już jak to się stało. Sędzina twierdziła, że kręciłem kółka przed bramką – „bo ktoś tam jeździł tak w kółko, któryś z pierwszych zawodników”. Ostatecznie komisja zaufała sędziemu czasowemu i to  czas z pomiaru ręcznego trafił do wyników. Była też dyskusja nad tym, czy zaliczyć, czy nie zaliczyć mi pozornika do zwalczenia tylcem (ostatecznie po długich dyskusjach i analizie zapisu video uznano). Mój przypadek, jak i ogólnie władanie lancą jest jednak tematem na kilka osobnych artykułów, dlatego pozwolę sobie teraz to pominąć. Ustawienie pozorników nie budziło większych zastrzeżeń – kłucie czynne w lewo-dół zaraz po biciu drzewcem w lewo było bardzo trudną kombinacją (szybki przechwyt broni), co nie znaczy, że niemożliwą do zrobienia, natomiast kłucia w prawo i lewo (w bok) były dość szeroko rozstawione od osi toru, no ale przecież w bitwie wróg też się pod lancę nie ustawiał jak po sznurku…
Łoza łozie nierówna
W konkursie szabli uwag co do kolejności ataków nie mam żadnych – wszystko pięknie, ładnie. Jednakże przed konkursem pozwoliłem sobie pooglądać łozy – które zawsze są źródłem emocji. Wiadomo – dwóch jednakowych nigdy nie będzie. W domu ćwiczyłem na (jak mi się zdawało) grubych łozach – cięło mi się je jak masło – świeża leszczyna, klon lub wierzba grubości 2-2,5 cm dawała „czuć się” w momencie trafienia, a przy tym nie robiła przykrych niespodzianek typu „sprężynowanie” jakie przydarzyły mi się w Poznaniu rok temu i które można zobaczyć na filmie z tego roku, w trakcie przejazdu Pawła Kubickiego (około 1:35) . Abstrahując od tego, czy łozy są lekko zdrewniałe, czy nie – niech będą takie dla wszystkich. Jak wspomniałem, przed konkursem poszedłem na oględziny, w trakcie których zrobiony został zamieszczony obok obrazek. Szczęściarzem był ten, kto taką cieńszą łozę dostał – pytanie, czy umiał to szczęście wykorzystać. 
I tak historia w moim przypadku zatoczyła koło – znów przypadło mi w zaszczycie pierwsze miejsce wśród najbardziej przegranych, to znaczy tych, którym się nie udało ukończyć przynajmniej jednej z prób. W moim przypadku znów był to cross – o ironio – zakończony znów na czwartej przeszkodzie! Ale są też dobre strony – zdecydowanie lepszy wynik w Memoriale, jak i ogólny z całych zawodów – 159,3 punktów karnych w porównaniu do zeszłorocznych 226,57 jest bardzo dużym progresem! To co – czyżby do trzech razy sztuka?
Do zobaczenia za rok!
Nie będę podsumowywał tej imprezy – bo się nie da, musiałbym napisać drugie tyle. Zamiast tego podziękuję – ojcu, że pojechał ze mną i twardo znosił trudy namiotowego życia, Przyjaciołom z grupy za to, że tak w zasadzie namówili mnie na te zawody i wspierali, często na miejscu pomimo, że mogli ten czas spędzać inaczej, Organizatorom, że co roku im się chce (i oby tak dalej!) no i oczywiście Tej, bez której bym tam nie pojechał – Kalinie, za to, że dzielnie dawała radę, tak na miarę aktualnych możliwości. And last but not least – najwierniejszej z fanek, która mocno zaciskała kciuki w trakcie przedmaturalnych powtórek, a nawet znalazła czas, by choć na chwilę zjawić się w Poznaniu, sprawiając mi tym największą przyjemność – Jadwiniu, dziękuję! 

Z Wami można wszystko.

środa, 6 maja 2015

Dni Ułana albo Prawa Murphy'ego



 Podstawowe prawo Murphy’ego głosi: „Jeśli coś może się nie udać – na pewno się nie uda”. Owa zasada, podobnie jak prawa fizyki, działa zawsze i nie sposób jej wyłączyć, dlatego i ja padłem jej ofiarą podczas poznańskiej imprezy. Ale od początku…

Poznańskie Dni Ułana, w tym roku obchodzone po raz trzydziesty oraz rozgrywane przy nich (w tym roku po raz dwudziesty piąty) zawody militari to impreza w środowisku kawaleryjskim niemal legendarna. Nic dziwnego więc, że i mnie w końcu moje drogi tam zaprowadziły. Naturalnie głównym powodem mojej wizyty w stolicy Jabłka Ziemnego nie była defilada czy raut, albo wieczorne spotkania integracyjne, lecz chęć sprawdzenia się w zawodach, na których w dwóch klasach trudności stawiło się łącznie około 40 par. Zawody rozgrywano w przeciągu dwóch dni – z jednej strony można by powiedzieć, że na tym poziomie, przede wszystkim części sportowej nie jest to jakiś bardzo duży wysiłek dla koni, z drugiej jednak można by było oczekiwać, że duże zawody rozłoży się w czasie. Naturalnie mam tą smutną świadomość, że zawody kawaleryjskie przeważnie są rozgrywane „przy okazji” chociażby z powodu pewnego nieco niezrozumiałego dla mnie standardu zwracania kosztów dojazdu zawodnikom, a pieniędzy na to nie sposób pozyskać organizując jedynie zawody. W ogóle twierdzę, że środowisko kawaleryjskie jest z jednej strony najbardziej wytrzymałe na spartańskie warunki, a z drugiej najbardziej wybredne. Nie jest problemem spanie w wojskowych namiotach, na pryczach bez sienników, posiadanie jednej umywalni na kilkadziesiąt osób i dwóch pryszniców, ale z drugiej strony jeśli nawet zrobi się imprezę na niesamowitym poziomie organizacyjnym, w ośrodku z dobrą infrastrukturą i z ciekawymi nagrodami, to przedsięwzięcie może okazać się fiaskiem tylko dlatego, że nie będzie zwrotu za paliwo, bo „my to traktujemy jak zabawę, jesteśmy amatorami, inwestujemy w sprzęt i mundury, rzadko jeździmy na zawody, nie chcielibyśmy mieć kosztów”. O zgrozo! Powiedzcie to wszystkim amatorom i pół-amatorom ze świata sportu jeździeckiego, którzy startują na normalnych trzydniowych zawodach, gdzie nikt im nie proponuje nie tylko zwrotu za paliwo, ale nawet darmowych boksów, wyżywienia ani noclegu, a na wszystkie wyjazdy i niezliczoną ilość treningów przed nimi wydają ciężkie pieniądze (nie wspominając już koniach, sprzęcie i opłatach rejestracyjnych i licencyjnych na rzecz PZJ). Ale spuszczę, przynajmniej na razie, na tą kwestię zasłonę milczenia.

A co do samych zawodów…

Ujeżdżenie – osobiście tą próbę skończyłem na czwartym miejscu. Trochę zdziwiony, no ale to ujeżdżenie. Nie wiem, w którym miejscu jeden sędzia ze stanowiska na krótkiej ścianie mógł zobaczyć rozstawiony zad w zatrzymaniu w „A”, bo ja nawet na nagraniu go nie mogę dojrzeć, z resztą nie tylko ja… Takie a nie inne miejsce można zrzucić na karb paru czynników. Z czołowej czwórki jechałem jako pierwszy, w dodatku będąc nieznanym zawodnikiem, co zawsze ma wpływ, tym bardziej jeżeli mamy konkurs z dość dużą rozbieżnością umiejętności jeźdźców -  w takim przypadku nagłe pojawienie się zawodnika prezentującego dobry (jak na standardy ZR) poziom może przyprawić sędziów o palpitacje serca. Rozbieżność w wynikach też była spora – w moim wypadku między 64 a 69 procent. Oczywiście nie wiem jak poszczególni sędziowie oceniali innych zawodników, może się okazać, że wcale nie zostałem skrzywdzony niską oceną, bo sędziowie trzymali swój pułap i u tego, który mnie ocenił na 69 procent i tak byłem czwarty, bo resztę ocenił na więcej. Tutaj mam parę uwag do organizatorów – wiem dobrze, że ujeżdżenie nie jest widowiskową konkurencją, ciężko w niej o dreszczyk emocji, jednakże niepodawanie wyników na bieżąco (to znaczy po kolejnym przejeździe wyniki poprzedniej pary) zabija do końca tą dyscyplinę, ponieważ człowiek nie wie jaka jest sytuacja, czy utrzymuje swoje miejsce, czy też spada w dół tabeli. Policzenie protokołów klasy L dla trzech sędziów nie jest rzeczą skomplikowaną, na upartego można to zrobić na kalkulatorze, a dla średnio-zaawansowanego użytkownika Excel’a zbudowanie formuły obliczeniowej też nie będzie problemem. Drugą uwagę mam do samego podawania wyników. Tak jak wcześniej wspomniałem, nie wiem jak poszczególni sędziowie oceniali wszystkich zawodników, mam więc niepełny obraz sytuacji. W ujeżdżeniu, czy w WKKW wyniki końcowe wszystkich sędziów są jawne, wiadomo więc który sędzia kogo „wywindował”, a kogo „ściął”.

Przegląd mundurowy – w sumie nie ma co pisać. Sędziwie oceniali surowo, ale sprawiedliwie. I dało się zrobić wykaz poszczególnych ocen.

Pistolet – czyli jeździec strzela, a wiatr kulki nosi. Ze wszystkich prób walki ta jest chyba najbardziej loteryjną. Pewną kwestią, możliwe, że wartą zaznaczenia jest wielkość tarcz. Jak podano w regulaminie, pole punktowe miało wielkość 30x42cm. W trakcie treningów strzelałem więc do tarczy takiej wielkości. Tymczasem na Woli strzelaliśmy do zdecydowanie większych, białych tarcz, na środku których umieszczone były białe kartki pola punktowanego. Oczywiście wyniki świadczą o tym, że da się trafiać w pole punktowane, jednakże percepcja przy strzelaniu do takiego celu jest zdecydowanie inna. Ma to tym większe znaczenie, że oceny były na zasadzie „wóz albo przewóz” – trafienie poza pole punktowe, a w tarczę oznaczało zero punktów. Jaki jest więc sens dużej tarczy?

Skoki – konkurs bardzo przyjemny, ukończyłem z takim rezultatem z jakim zamierzałem, czyli na czysto zarówno parkur podstawowy, jak i rozgrywkę, nie śpiesząc się przy tym, nie porywając na możliwy do zrobienia między przeszkodami 10 a 11 skrót – przecież liczyło się dojechanie do końca bez zrzutek w normie czasu. Choć nominalnie parkur miał być metrowy, to większość przeszkód miało około 90-95 centymetrów, co i tak nie uchroniło wielu zawodników od zrzutek.
 
Cross – czyli Prawo Murphy’ego. Nie ukończyłem, ale też nie spadłem. Przeszkody były różnorakie, od 70 do 90 cm + hyrda. Teren zróżnicowany, nadający się idealnie do próby terenowej, jednakże czy nie jest to zbytnie szaleństwo? Jak się spojrzy na normalne LL-ki i L-ki ze Strzegomia, Jaroszówki, czy Toporzyska to raczej nie uświadczy się tam takich kombinacji z galopowaniem pod górkę i skokiem na jedną foulee po osiągnięciu szczytu. Oczywiście nie było tak, że większość zawodników nie ukończyła próby, co świadczy o tym, że się dało, powinniśmy się jednak chyba zastanowić nad zapisem z "Regulaminu sportu konnego w wojsku", że „pierwsze zawody w sezonie powinny być lżejsze biorąc pod uwagę niższą kondycję i formę koni po zimie”. Cóż ja mogę powiedzieć na swoją obronę? Nigdy w życiu ani ja, ani Kalina nie jechaliśmy crossu (nawet treningowo) stąd moja - niestety słuszna - obawa, że jeśli może coś pójść źle, to właśnie tutaj, bo jak wiadomo wszystko jest kwestią treningu. Półtora roku temu z trudem kończyłem parcours’y 80 i 90 cm, teraz bez kłopotu jeżdżę konkursy 105 cm, dlatego spodziewam się, że pod koniec tego sezonu, a już na pewno w przyszłym cross nie będzie dla nas stanowił większego problemu.

Lanca i szabla – co do ustawienia torów, w sensie kolejności ataków nie mam żadnych zastrzeżeń. Odległości między pozornikami też nie nastręczały problemów. Mnie osobiście pokonało kilka rzeczy, w lancy jak i w szabli kobyłę zdeprymował pierwszy pozornik do kłucia w lewo, czyli stojący worek. Można to zrzucić na brak doświadczenia konia, w domu ten pozornik wyglądał nieco inaczej, no cóż, trudno. W lancy również wygrał z nami instynkt stadny Kaliny, która po drugim kłuciu w prawo-dół zapragnęła pogalopować do stajni, przez co nie zaliczyliśmy worka z lewej i pierwszego pierścienia tracąc dodatkowo cenne sekundy. W szabli oprócz worka dały się we znaki łozy, a raczej ich grubość. Nie ja jeden miałem z tym problem, ale nie wszystkie też stawiały taki zacięty opór, jak chociażby łoza do cięcia z lewej, z którego to byłem i jestem zadowolony, szczególnie biorąc pod uwagę, że był to w założeniu toru element wyróżniający poziom L od LL. Całości dopełniło kiepskie i to nie tylko moim zdaniem usytuowanie toru na bardzo nierównym terenie, ze zmianami podłoża. I tu znów dziwi fakt, że organizatorzy posiadając ponad 300 metrów piaszczystego placu wzdłuż hal, woleli postawić tam namioty. Parę lat temu to tam odbywała się próba walki, kompletnie nie rozumiem, czemu z tego pomysłu zrezygnowano. Zamiast tego trzeba było galopować po nierównym terenie, częściowo pod górkę i jeszcze w kierunku stajni, co niektórym koniom dodawało ochoty do galopowania i potem już galopowały i galopowały…

Defilady opisywać nie będę, bo jest to dla mnie osobiście najnudniejszy element służby kawaleryjskiej. Siodło w siedzenie gniecie, kostki i kolana bolą… Ja wiem, że są ludzie którzy zdają się żyć dla tych chwil, połykają wtedy kija (lub instalują go w sobie w inny sposób), dziarsko kładą piąstkę na udzie i jadą… Jedyne co powiem, to że dumny jestem z Guły bo była to jej pierwsza defilada, aczkolwiek odnosiłem wrażenie, że chyba była nią bardziej znudzona ode mnie…

Z pikniku na Cytadeli widziałem niewiele, bo przez większość czasu byłem przy koniach, jednakże frekwencja widowni była naprawdę oszałamiająca, widać, że Poznań żyje świętem swoich ułanów. Ten tłum szczególne odczułem, gdy z siodłem na głowie przeciskałem się na drugi koniec Cytadeli by oddać je właścicielowi, Pawłowi Janickiemu, któremu jeszcze raz za pożyczenie rzędu bardzo dziękuję! Świnią by można mnie było nazwać, gdybym przemilczał fakt, że zwrot siodła nie był najważniejszym powodem mojej wędrówki przez tłumy, które nie rozstępowały się przede mną jak Morze Czerwone przed Mojżeszem (pewno i dlatego, że wyznawcy tejże wiary ni w kawalerii, ni w łączności nie służą <if you know, what i mean dear reader>). Powodem tym była premiera budowanej pieczołowicie przez członków GRH Szwadronu Łączności nr 7 oraz Handmet Military repliki taczanki N2/T. Osiem miesięcy żmudnej roboty i walki z pozyskiwaniem wymiarów, o której KaOwcom się nawet nie śniło. I tylko tutaj Murphy się nie wepchał, choć do końca nie było wiadomo w jakim stanie taczanka będzie zaprezentowana. Jeszcze raz chłopaki z całego serca wam gratuluję!

Przy taczance z członkami GRH Szwadron Łączności nr 7
Jędrzejem Korbalem (z lewej) i Pawłem Janickim (z prawej)
Podsumowując - Dni Ułana to piękne święto, na którym nie powinno zabraknąć nikogo, komu kawaleria nie jest obca.

piątek, 13 marca 2015

Podstawy władania bronią białą cz. II - "Pierwsza wiosenna rąbka"



Śnieg nie jest żywiołem kawalerji. Utrudnia nam wyszkolenie, zasypuje ujeżdżalnie i teren, uniemożliwia często prowadzenie codziennej lekcji z rekrutami. Kłus, a zwłaszcza galop są utrudnione, o skokach często niema wogóle mowy.

-„Kawalerja w śniegu”
ppłk. dypl. Stefan Mossor
Przegląd Kawaleryjski 1935/11 (121) poz. 2
 (pisownia oryginalna)


           Tak jak i przed wojną, tak również w dzisiejszych czasach zima jest dla kawalerzystów okresem „martwym”. Sezon rekonstrukcyjny kończy się zasadniczo wraz ze Świętem Niepodległości, by na nowo odżyć z początkiem wiosny – Świętem Żołnierzy Wyklętych i obchodami wydarzeń spod Olszynki Grochowskiej. Niektóre ekipy w międzyczasie korzystają z uroków jazdy na nartach, wybierają się na zimowe kursy do Toporzyska, sumiennie pracują przygotowując się do kolejnego sezonu lub zapadają w sen zimowy.
Członkowie GRH "Szwadron Łączności nr 7"
na rekonstrukcyjnym wyjeździe narciarskim

            W tym roku obyło się bez zamieci śnieżnych, w moim garnizonowym Opolu biały puch oczywiście zawitał, lecz długo nie gościł. Mimo to otwarte place zamarzły na grudę, co uniemożliwiało trening na otwartej przestrzeni, a wyjazd z koniem poza halę sprowadzał się głównie do spacerów przed lub po treningu (również z powodu golenia koni oraz rozkucia na sezon halowy). Jednakże wraz z przybyciem pierwszych wiosennych ptaków człowiek każdego dnia sprawdza, czy aby plac nie jest już gotowy do jazdy, czy sierść odrosła na tyle by móc bez obaw jeździć na zewnątrz. Oczywiście można zapytać w czym problem, by trenować z bronią białą na hali. Teoretycznie żaden. Jednakże z moich doświadczeń wynika, że zamknięta przestrzeń trzyma konia, a i brak miejsca nie pozwala też na pokonywanie toru we właściwym tempie, więc trening na hali poniekąd mija się z celem. Pomijam tu kwestię tak oczywistą jak niebezpieczeństwo zawadzenia bronią o ścianę, czy wystające elementy konstrukcji. Czym innym jest natomiast oswajanie remonta z pierwszymi łozami, kiedy to hala w połączeniu z umiejętnym postawieniem pozorników może znacznie ułatwić pracę jeźdźcowi, a koniowi pomoże szybciej oswoić się z nowością. Jako „umiejętne” ustawienie stojaków mam tu na myśli wprowadzanie konia w swoistego rodzaju korytarz – jeździec jadąc po ścianie w prawo ma pozorniki ustawione wewnątrz placu, przez co dojeżdżając do nich koń z jednej strony trzymany jest przez bandę, z drugiej raczej nie uskoczy w stronę pozornika. Najbardziej prawdopodobne jest więc, że ucieknie „do przodu” bądź się zatrzyma, kawalerzysta ma więc o tyle ułatwione zadanie, że musi się skupić tylko na uzewnętrznianiu strachu wierzchowca pod postacią ucieczki do przodu („zabierania się”) lub niechęcią do podejścia pod pozornik. Oczywiście, gdy tylko opanuje się ten problem powinno się czym prędzej przejść do jeżdżenia w otwartej przestrzeni tj. bez korytarza.
            Jakie mogę dać rady dla ułanów przed pierwszym wyjazdem z szablą bądź lancą na plac w nowym sezonie?
  1. Niech trening rąbki nie będzie pierwszą jazdą na dworze – mija to się z celem, wiele osób to wie, lecz jest to warte powtórzenia. Konie po wyjściu z hali są rozproszone – cieszą się z widzianego dookoła świata, może się zdarzyć, że będą bardziej zaabsorbowane wszystkim w koło tylko nie jeźdźcem, niepokoić je będą ptaki, ludzie, kołyszące się na wietrze gałęzie drzew i krzewów, będą ponosić, brykać i kwiczeć. Trzeba dać im się wyszumieć, a zdecydowanie lepsza jest do tego zwykła jazda na maneżu niż trening z ostrymi, niebezpiecznymi narzędziami.
  2. Nie oczekiwać zbyt wiele – tak jak przy treningu skokowym czy ujeżdżeniowym po przerwie trzeba mierzyć siły na zamiary, a nie rzucać się jak szczerbaty na suchary. Oczywiście, jeśli rzetelnie pracowało się przez zimę to start w nowy sezon powinien być łatwy, jednakże nie ma co szaleć od samego początku – nie tylko koń mógł się odzwyczaić od szabli i lancy, a bez sensu nadwyrężyć sobie ramię przed pierwszymi zawodami, które już w kwietniu.
  3. Zacząć od podstaw – ustawić dwie, trzy łozy w dużych dystansach, skupić się na kontroli tempa galopu i nad sylwetką, nie pędzić na „hurra!”, a przede wszystkim nie pozwolić na to koniowi, bo wejdzie mu to w nawyk, a tor z pozornikami jest jak parkur – trzeba jechać szybko, ale na czysto, ale raczej czysto niż szybko. To samo tyczy się lancy – skupić się na dokładności i technice, a później zwiększyć tempo – nie na odwrót!
Jak przy każdym treningu, tak i przy broni białej trzeba wiedzieć co chce się osiągnąć. Nie ma moim zdaniem nic gorszego niż stwierdzenie – okej, za półtora miesiąca zawody, czas ściągnąć konia z łąki, zacząć skakać, ciąć i kłuć, najlepiej równocześnie. Podstawą każdego treningu jest plan, nie ważne czy przygotowany przez selekcjonera kadry czy będący Twoim własnym zarysem tego, nad czym chcesz się skupić i co chcesz osiągnąć w danym dniu – ważne, żeby był i żeby się go trzymać.

Od pierwszego dnia wiosny! (A im wcześniej tym lepiej)

A jak u nas wyglądała pierwsza rąbka tej wiosny? Tak:




piątek, 6 marca 2015

Od parady i od święta - wizytacja Prezydenta





Prezydent Mościcki w towarzystwie płk. Głogowskiego
przed frontem oddziału kawalerii
(prawd. 1 Pułk Ułanów Krechowieckich)

            Dużo się mówi o tym, że wojsko było, jest i zawsze powinno być apolityczne. Oczywiście znamy w historii przypadki, które nie pozostawiają złudzeń, że nie zawsze tak było: ot chociażby sytuacja w Wojsku Polskim po Przewrocie Majowym. Ja sam nie łączę swojego munduru z polityką, ostrożnie i z namysłem dobieram uroczystości, na które go zakładam. Chciałbym więc nie narażając się – mam nadzieję – na zarzut braku apolityczności podzielić się krótką historią przygody, która przydarzyła mi się dwa lata temu.

            Był wrzesień 2013 roku, odbywałem wtedy kurs instruktorów rekreacji ruchowej ze specjalnością jazda konna w Ludowym Klubie Jeździeckim „Lewada” w Zakrzowie. O samym ośrodku i ludziach, którzy go tworzą mógłbym pisać wiele i na pewno nie raz jeszcze o nich wspomnę, a każdego, kto chce poznać to miejsce i persony zapraszam na stronę "Lewady". Pewnego dnia zostałem poproszony przez Trenera Sałackiego do jego biura, rozmowa była krótka: „Jest akcja – przyjazd Prezydenta!” Nie wiadomo jeszcze, czy na pewno, nie wiadomo dokładnie kiedy; możliwe, że będziemy mieli niecały dzień by się ostatecznie przygotować. No dobrze, ale co ja mam w tym wszystkim robić? Reprezentować Kawalerię! Prezydent Komorowski ma wizytować będący wtedy na ukończeniu zakrzowski Ośrodek Przygotowań Olimpijskich. Żeby pokazać, że ten Ośrodek to nie tylko sport, ale również wszystko, co z koniem związane, potrzebne są symbole. A kto jest lepszym symbolem kawalerii niż ułan 9 Pułku Ułanów Małopolskich? Nota bene jego wieloletnim dowódcą był krewny Prezydenta – pułkownik Tadeusz Komorowski, późniejszy generał „Bór”. Oczywiście moja odpowiedź była prosta: „Robimy!”

            Dopiero po wyjściu z biura euforia opadła i zaczęły się przysłowiowe schody. Cały mój szwadron stacjonował wtedy na Błoniach w Krakowie, gdzie odbywała się Wielka Rewia Kawalerii, a ja w Zakrzowie miałem tylko siebie i moją wierną Kalinę z rzędem sportowym. Chwytam więc telefon i przeglądam kontakty, myślę, kto nie jest aktualnie na Rewii i mógłby mi na tak ważne wydarzenie użyczyć sprzętu … Jest! Kolega H.! No więc dzwonię. Krótka rozmowa, wszystko będzie, ale mówię, że może się okazać na 12 godzin wcześniej, że „Osoba nr 1” przyjeżdża i będę musiał wtedy szybko posłać kogoś po sprzęt – „Rochu, nie ma sprawy!” Na takie zapewnienie z lekkim sercem i radością w duchu wracam do zdobywania uprawnień instruktorskich.

Smutna wizja...
            W końcu nadchodzi sądny dzień, Trener mówi – jutro o dziesiątej. Telefon do Ojca – jest akcja, zadzwoń do H. i umów się, skąd masz odebrać sprzęt. Jakiś czas później oddzwania informując mnie, że za którymś razem łaskawca wreszcie odebrał telefon, ale o niczym nie wie, nie zna się, nie orientuje się i w ogóle jest zarobiony. Włosy mi stanęły dęba, wszystkie wszy zdechły – co teraz? Jest godzina osiemnasta, za szesnaście godzin przyjeżdża Prezydent, a ja jestem goły i wesoły… Znów przeszukiwanie telefonu, znajduję numer serdecznego kolegi z Pułku 4 Ułanów Zaniemeńskich – Piotra, dzwonię. Prosto z mostu mówię jakie jest moje położenie, a wiedziałem, że Piotr ma w domu oryginalny, przedwojenny rząd wz. 36. Owszem ma, ale nie swój, tylko kolegi Bartka będącego aktualnie w Anglii. Ostatecznie, z duszą na ramieniu decyduje się mi dopomóc, a ja z nie lżejszą duszą na własnym tą pomoc w postaci wiekowego siodła przyjmuję.

Zwarci i gotowi
            Następnego dnia rano zbiegam do stajni wraz z kursowym kolegą Arturem, by zanim przyjedzie mundur, szabla, siodło (oczywiście do stroczenia) i reszta sprzętu ogarnąć już kobyłkę. Gdy koń jest już wypieszczony od czubków uszu po strzałki kopytowe zajeżdża Ojciec ze sprzętem. Zabieramy się z powrotem na górę do zakrzowskiego pałacu. Od Piotra wiem, że przy siodle jest tylko jeden koc i pałatka, a więc sprzęt nie jest kompletny, całe szczęście mam płaszcz, który teraz, po raz pierwszy w życiu, przyjdzie mi stroczyć. Oj, jakie to było stresujące! Niebawem ma przyjechać Prezydent, a ty ślęcz, człowieku, nad tymi dwoma rysunkami, kilkoma lakonicznymi zdaniami i płaszczem… Ale ostatecznie się udało i efekt końcowy był nawet zadowalający. Jeszcze tylko ubrać siebie i do stajni…

            Na szczęście w boksie żadnego mrożącego krew w żyłach obrazu nie zastałem, Kalina stała spokojna jak zawsze, zdziwiła się tylko nieco widząc mundur i rząd, ale przecież to w końcu zwykła rzecz dla konia kawaleryjskiego. Parę chwil i już jedziemy na ośrodek. Pogoda nieszczególna, zacina drobny deszcz, całe szczęście ujeżdżalnia jest zadaszona. Są już wszyscy, Trener Sałacki z żoną, cały komitet powitalny, na hali już jeżdżą pozostali jeźdźcy – reprezentantka klubu Żaneta Skowrońska (dwukrotna Mistrzyni i wielokrotna medalistka Mistrzostw Polski w ujeżdżeniu) na Mystery; Virginia Buława w damskim siodle, ubrana w piękną stylową suknię i dosiadająca sympatycznego gniadosza Krusa oraz jeden rekreacyjny „narybek” płci żeńskiej na siwym kucyku, słowem – pełna symbolika: historia, teraźniejszość i przyszłość.

        
    Czekamy, napięcie narasta… W międzyczasie próba nagłośnienia. „Wizja Szyldwacha” dodaje wszystkim otuchy, atmosfera się rozluźnia, Żaneta kręci piruet w galopie salutując równocześnie, każdy korzysta z okazji pojeżdżenia na dużej hali. Nagle słychać z dala syreny – jadą! Dźwięk coraz bliżej i bliżej, już są na parkingu – jeden samochód, drugi, trzeci, karetka, policja, straż pożarna… Jest! Chyba widzę Prezydenta! Wchodzą do budynku… Krążymy dalej, mija chwila za chwilą, nagle jakiś ruch – idą! Znów płyną dźwięki muzyki, „amaranty zapięte pod szyją…” Prezydent ze świtą wchodzi na halę. Podjeżdża do nich dziewczynka na kucyku, podają jej skrzypce, gra „Pojedziemy na łów”, bo przecież Prezydent jest zapalonym myśliwym. Uśmiechy, zdjęcia. My jeździmy dalej, starając się nie przeszkadzać, ale jednak pokazać… „Wyjąć szablę, czy nie wyjąć…?” – zastanawiam się… W koło BORowiki patrzą podejrzliwie – lepiej nie… Po paru minutach Prezydent odjeżdża, dźwięk syren jest coraz dalej i dalej… To już koniec.
            Podchodzi do mnie Trener Sałacki, dziękuje za zaangażowanie, mówi, że wszystko wypadło świetnie. „Nawet mówiłem Prezydentowi o 9 Pułku Ułanów Małopolskich – całe trzydzieści sekund!”.

A wspomnień ile!